Noisettes – “Wild Young Hearts”

noisettes-wild-young-hearts.jpg Noisettes – “Wild Young Hearts”
Vertigo/Universal 2009

Noisettes ponownie zaskakują. Pierwszym albumem pokazali, że wciąż można grać oryginalnego rocka; drugim potwierdzają swoją klasę udowadniając przy tym, że są zespołem poszukującym i rozwijającym się.

Pierwsza płyta londyńskiego tria była zbiorem bezpretensjonalnych, prostych rockowych kawałków zagranych z radością i werwą. Jeżeli ktoś spodziewa się, że wydany 20 kwietnia tego roku “Wild Young Hearts” jest jej kopią, to się grubo myli. Zespół uniknął “syndromu drugiej płyty” i pokazał, że w dalszym ciągu ma coś do powiedzenia.

Początkowe wrażenia nie były jednak takie dobre. Najpierw zespół ujawnił na swoim profilu MySpace, że nowa płyta zawierać będzie elementy disco. Potem zaprezentował fragmenty utworów, które to potwierdzały. Następnie, po zdobyciu pełnej płyty, zaatakował pierwszy kawałek – “Sometimes”, który absolutnie nie przypominał żwawego, skocznego początku pierwszego dzieła Noisettes. Tu początek jest spokojny, leniwy i po prostu nudny.  Już obawiałem się, że niesmak będzie mi  towarzyszył przez cały czas trwania “Wild Young Hearts”. Na szczęście miło się rozczarowałem. Nowy album jest po prostu zdecydowanie bardziej eklektyczny od pierwszego – owszem, bazą wciąż jest tu znany z “What’s The Time Mr Wolf?” rock, tyle że do tego wszystkiego zespół dodaje elementy elektroniki (“Don’t Upset The Rhythm”), dodatkowe instrumenty (bardzo sympatyczne klawisze w utworze tytułowym), trochę reggae (“Never Forget You”), a nawet absolutnie zaskakującą (acz rewelacyjną), heavy-metalową solówkę kojarzącą się raczej z dinozaurami pokroju Iron Maiden niż z zespołem zaliczanym do sceny indie.

Noisettes – “Don’t Upset The Rhythm”

http://www.dailymotion.pl/video/x8qore_noisettes-dont-upset-the-rhythm-go_music

Choć nowa płyta jako całość wydaje się mniej spójna od poprzedniczki, to odnoszę wrażenie, że jest jeszcze bardziej przebojowa. I choć w ogólnej ocenie raczej nie przebije debiutu, to jest zdecydowanie warta polecenia nie tylko fanom zespołu. Shingai Shoniwa i jej koledzy udowodnili, że nie są żadną sezonową gwiazdką, lecz zespołem z krwi i kości, który wciąż może ostro namieszać na zjadającej własny ogon scenie rockowej. Sto procent rekomendacji tak dla fanów mocniejszego uderzenia, jak i tych, którzy lubią się zabawić na parkiecie.

Michał Karpowicz