Relacjeprzemek

Nowe Horyzonty nie tylko w kinie vol. 2

Relacjeprzemek

Nowe Horyzonty nie tylko w kinie vol. 2

Nowohoryzontowych dywagacji o muzyce we wrocławskim Arsenale ciąg dalszy.

Zwierzyniec na kwasie

Następne dni festiwalu obfitowały w przeróżne dziwności, a to koncert Baaby, gdzie na wokalu stanęła Natalia Przybysz (Sistars nie wystarcza?), albo norweskie dziwy w postaci free jazzowego Supersilent, drapieżnego Deathcrush czy balladowej Susanne Sundfor, ja dopiero zatrzymałem się na pewnym specjalnym performansie w czwartkowy wieczór.

Wilk Na Horyzoncie to wydarzenie stworzone przez animatora, malarza, performera, Mariusza Wilczyńskiego, którego spokojnie nazwać można człowiekiem renesansu, a przynajmniej osobowością tegorocznych Nowych Horyzontów. Wszędzie go było pełno, zapraszał na pokazy swoich animacji, prowadził osobliwe lekcje kina, gdzie obejrzeć można było m.in. koncert Franka Zappy, do tego wszystkiego jest niesamowicie pozytywną postacią, którą kochali wszyscy. Ten krok, dredy, przyjemny głos… do jego osoby bardziej pasowałaby ksywka miś aniżeli wilk.

Tym razem Wilczyński postanowił pokazać się na scenie i to w towarzystwie nie byle kogo, tylko Tworzywa Sztucznego – z Fiszem i Emade na czele – wspartym chociażby obecnością DJ Eproma, jednym z czołowych turntablistów w Polsce. Siedząc na swoim stołku, mając spreparowane płachty papieru, Wilczyński zabierał widzów za pomocą kolejnych szarpnięć ołówka w zupełnie nowe światy wyobraźni. Na wielkim ekranie zaś wyświetlały się jego psychodeliczne animacje. Wszystko wsparte muzyką na żywo w wykonaniu Tworzywa. Było czasem jazzowo, mocno jazgotliwie, innym razem spokojnie i stonowanie. Publiczność jednak reagowała najlepiej w momencie, gdy pojawiały się znane nuty z repertuaru Kim Nowak. Wielki finał wśród dźwięków “Biegnij” rozszerzonego o partie dęte i wspaniałe solówki zapisał się trwale w mojej pamięci jako jeden z najpiękniejszych widoków tego festiwalu. To była zaiste Wilkanoc.

Po krótkiej przerwie na scenę wkroczył, kochany przez część naszej redakcji, radośnie folkowy duet Paula i Karol. Nie przepadam za tego typu muzyką, miłością wylewającą się z głośników i cukierkowymi gitarami, ale tutaj wciągnąłem się w tę tęczową melodię wpływającą do ucha. Materiał z “Overshare” spisał się wyśmienicie, gdyż publiczność szalała, tańczyła, skakała, wyrzucała z siebie pierwotną radość, zaś duet, niczym para szamanów, wgryzalł się coraz bardziej w naszą świadomość i zostawiając w niej jedynie dobre wspomnienia.  Choć muzycznie melodie są mocno zbliżone do siebie, to i tak ten gitarowy ciąg tych samych progresji akordów nie był w stanie zepsuć tego specyficznego klimatu. Aż po koncercie zastanawiałem się, czy przypadkiem nikt nie rozpylał wspomagaczy na publiczność. A nawet jeśli, to tylko pomogło zostawić wspaniałe dreszcze po tym niezwykle udanym wieczorze muzycznym.

Garażowy trubadur

O Nicku Cavie ciężko nie rozpisać się w samych superlatywach. W końcu ze swoim projektem The Bad Seeds osiągnął to, o czym wielu muzyków marzy w swoich niespełnionych snach. Stąd też koncert jego pobocznego projektu Grinderman (notabene złożonego z części członków The Bad Seeds) był wielkim wydarzeniem dla wielu fanów mocniejszego grania.

Post-punkowy brud i hałas garażowych brzmień dawał o sobie znać na Wyspie Słodowej. Choć nie dane mi było oglądać koncertu z bliska, widziałem na twarzach wielu czyste uwielbienie dla Cave’a i jego muzyki. Ja skupiając się przede wszystkim na stronie muzycznej widowiska stwierdzam, że jest to materiał porządny, acz troszkę spóźniony. Chyba że po prostu ja nie mogę słuchać już zespołów spod znaku post-punk revival. Kompozycje miały kopa, kiedy było trzeba, brudziły w odpowiednich momentach. Zespół też chętnie oddawał się psychodelicznym jazdom w czasie swoich kompozycji. Tylko tak jakoś mnie to nie porwało, pomimo tego, że jest to przecież TEN Nick Cave. Zeszłoroczne wydarzenie muzyczne w postaci Mondo Cane Mike’a Pattona budziło (sorry, Nick) większą radość niż wypruwanie żył na scenie i przesterowane riffy Grindermana. Ale osoby, które za koncert płaciły 160 zł były chyba zadowolone. Zresztą zadowolenie jest wpisane w taką cenę, czyż nie?

P.S. Nie zobaczyłem The Lollipops i żałuję, bo ponoć było fajnie. Ale co się odwlecze, to nie uciecze (Na OFFie też grają).

Impro: drugie starcie

Przedostatni dzień festiwalu dla mnie budził wiele emocji, przede wszystkim ze względu na koncert Searching For Calm, na których występ czekałem dość długo. Omijali skrzętnie Wrocław, czym bardzo mnie smucili. Więc informacja o tym, że jako finaliści konkursu T-Mobile mieli wystąpić na deskach Arsenału bardzo mnie nastawiła na Sosnowski post-hardcore.

Choć grupa zaczynała o dość wczesnej dla festiwalu godzinie (22), zgromadzili sporą publikę, przynajmniej pod koniec swojego występu. I od samego wejścia wprowadzili zgromadzonych w klimat swojej pokrętnej, połamanej muzyki. Zaczynając od stosunkowo spokojnego “The Eyes”, przeskakiwali w coraz to mocniejsze elementy swojej twórczości. Na materiał zagrany nie mam co narzekać, bo było słychać i nowsze kompozycje, jak skoczne “Follow” ze świetnie poprowadzonym basem czy “The Fall” z pięknie melodyjnym refrenem. Usłyszeliśmy także utwory z debiutu o zdecydowanie bardziej intensywnym charakterze. “Neurotic Cycle”, “One Fancy Restaurant” czy “It’s Coming” wyrywało z butów płomiennym wykonaniem. I nawet Michał Maślak wyrabiał wszystko pięknie pod względem wokalnym . Był krzyk, był ryk, były także spokojniejsze momenty, wyśpiewane przyjemnie i czysto. W ogóle pana Maślaka ja uwielbiam za jego rozpiętość głosu, dzięki czemu w moim przekonaniu jest jednym z najbardziej oryginalnych wokali rockowych w naszej nadwiślańskiej krainie. I tak się przyjemnie tego słuchało, że liczę na to, iż Searching For Calm wróci do Wrocławia, by zagrać koncert bardziej kameralny, klubowy, ale z pewnością bardziej dziki (są ponoć szanse, więc czekam!).

Na Anti-Pop Consortium siły już nie miałem, a ponoć było świetnie. Zapewne nie przebili performance’u z zeszłorocznej edycji OFFa, tym większa szkoda, że nie dane mi było sprawdzić tego osobiście. W razie czego poczta pantoflowa wciąż działa. I inne serwisy również.

El Grande Finale

Ostatni dzień to znowu punkt dla norweskich grajków. Choć ludność wykończona była ciągnącym się festiwalem, to na jedenasty koncert zjawiło się sporo gawiedzi, z korzyścią dla zespołów tego wieczora występujących.

Jon Andreas Hotun ze swoim projektem Jono El Grande szalał na scenie grając około-progowe nuty. Na scenie mnóstwo przebierańców, gdyż występ grupy to w dużej mierze kolorowy, szalony performance. Zaś Hotun, muzyk-samouk, prowadził ten cudowny, poszarpany cyrk coraz dalej zagłębiając się w art-rockowe terytoria nieraz zahaczając o wstawki a la Zappa. Jak najbardziej na plus. I teraz niech ktoś powie, że w Norwegii to tylko fiordy.

Jako ostatni wykonawca festiwalu pojawił się Hans Peter Lindstrom, ukochany przez wielu twórca norweskiego disco. On i jego laptop wprowadzili zmęczoną publikę w ostatnie podrygi przed długim snem, jaki czekał wielu uczestników. Lecz mimo to w jakiś magiczny sposób udało mu się rozbudzić publiczność do szaleńczego tańca swoimi energetycznymi kompozycjami. Nie zabrakło specjalnych, DJ-skich headbangingów do swojej muzyki, ciepłych podkładów i zimnego piwa na scenie. Radosne zakończenie, na jakie festiwal zdecydowanie zasługiwał.

Jedenasta edycja festiwalu Nowe Horyzonty dla wielu była mistycznym przeżyciem, przede wszystkim ze względu na to, że organizatorzy przekopują się przez tony taśm i wynajdują perełki kina niekonwencjonalnego, nieraz trudnego w odbiorze, ale i inteligentnego, dając lekarstwo na hollywoodzką nudę. Również muzycznie festiwal pokazał spektrum tego, co usłyszeć można na offowych (i nie tylko scenach). Od radosnych, prostych brzmień, po ciężkie i połamane kompozycje,  z dusznym klimatem i mocnymi akcentami. Jednak wszystkie te koncerty łączy pewien pierwiastek: nikt nie znalazł się tam przypadkowo i wszyscy byli po prostu wyśmienici. Innymi słowy: do zobaczenia za rok!

Kuba Serafin

Pierwsza część relacji

zdj: nowehoryzonty.pl
Wilk Na Horyzoncie – fot. Miłosz Poloch
Grinderman – fot. Maciej Kulczyński
Searching For Calm – fot. Katarzyna Szwarc
Jono El Grande – fot. Agnieszka Michalak