Relacjeprzemek

NowoBrzmiąca stolica kultury

Relacjeprzemek

NowoBrzmiąca stolica kultury
13.11.2011/Wrocław

Relacja z NowoBrzmień.

Stając się europejską stolicą kultury, Wrocław sprawił, że zwróciły się ku niemu oczy całej Polski. Okazało się również, że ma naprawdę wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o muzykę. Festiwalowo wypada to jednak różnie.

Festiwal NowoBrzmienia to inicjatywa mająca na celu promowanie alternatywnego światka muzyki elektronicznej oscylującej miedzy trip hopem i jazzem, zahaczającej o break beat czy hip hop, a nawet sięgającej po electropop. Taka rozpiętość brzmieniowa może nieść, poza oczywistą fascynacją fanów wspomnianych gatunków, sporo kłopotów w kwestii podania naprawdę wartej uwagi muzyki. Właśnie to spotkało czwartą edycję.

Wiadomo, pierwszy artysta ma najtrudniejsze zadanie, tym bardziej jeśli główną gwiazdą wieczoru jest gość z zagranicy. Sytuacja jest ciężka również kiedy gra się taką muzykę jak duet B.R.O., która nie ma nic wspólnego z “syntezą wielu stylów, pomysłów i inspiracji” jak sugerował ich opis w materiałach prasowych. Gdy zgasły światła, na scenę wyszło dwóch niepozornych chłopaków i jeżeli ktoś myślał, że rozkręcą imprezę, pozostawało mu zalegnięcie na podłodze. Minimal z rzadkimi jazzowymi wstawkami, czasem próbujący podejść pod dubstepową aranżację z jednoliniowym, nachalnym beatem, to świetna recepta na zniechęcenie do siebie ludzi. Co więcej, Konrad i Jakub Zamojscy przez bitą godzinę wyglądali, jakby grali dla siebie, nie dla publiczności, co w połączeniu ze zlewającymi się ze sobą kawałkami dało efekt porównywalny do pigułek na sen. Zdecydowanie lepsza okazała się cisza, kiedy panowie już zeszli ze sceny.

Inaczej było z drugim polskim reprezentantem na NowoBrzmieniach – warszawskim duetem Last Blush, ocierającym się o synthpop. Sala zapełniła się ludźmi, którym tym razem dostarczono sporą dawkę energii. Pod względem dynamiki Last Blush na pewno nic nie brakuje, kuleje jednak ogłada koncertowa. Sucharowe żarty są dobre raz czy dwa, ale nie przez cały koncert. W dodatku komentarze a propos wpadającego między deski obcasa wokalistki budzą raczej zażenowanie aniżeli śmiech. Dobrze, że szybko wchodziły następne kawałki, a wyróżnić można szczególnie “Miserable” i nowe “Surrounding Feelings”. Duet okazał się przyzwoitym intro do występu Emiki.

Gdy tylko Czeszka pojawiła się na scenie, publiczność dała upust swojemu entuzjazmowi, a piskom i oklaskom nie było końca. Po subtelnym instrumentalnym wstępie, wieczór zamienił się w pochwałę dla dubstepu. Kawałki brzmiące mocno już na płycie, na żywo okazały się kumulacją talentu i energii, zmuszając do bujania się najbardziej opieszałych! Komunikacja między sceną a publiką przejawiała się na zasadzie owacji, krótkich komentarzy i uśmiechów artystki i coraz bardziej dusznej atmosfery. “Professional Loving” ukoił nerwy tych, którzy bali się, że piosenka wypadnie równie słabo, co na tegorocznym Tauronie. “Pretend” czy “3 Hours” podniosły ciśnienie, zaś zagrany na bis (i pierwszy raz na żywo!) “Count Backwards” stał się apogeum szczęścia zgromadzonych we Włodkowicy fanów Emiki. Tym sympatyczniejszy był ten występ, że Czeszce wyraźnie sprawiało radość granie kolejny raz w Polsce. Może dlatego rozdała fanom kartoniki instruujące download jednego kawałka i może dlatego też publika wciąż nie mogła wyjść z podziwu wobec niej. Okazało się, że małe (kartoniki), a cieszą!

Wobec czwartej edycji NowoBrzmień można mieć mieszane uczucia -  minimalistyczny duet na start zdecydowanie nie był dobrym pomysłem (to w końcu nie Festiwal Ambientalny). W ogólnym rozrachunku jednak festiwal okazał się udany, bo i nagłośnienie spełniło oczekiwania, i Emika dała bardzo dobry koncert. Obecni na nim powinni być ukontentowani.

Monika Pomijan
foto: Maria Grudowska