Felietonyprzemek

O muzyce, która nocą wraca z tobą do domu

Felietonyprzemek

O muzyce, która nocą wraca z tobą do domu

Spacer ścieżką dźwiękową za “Dziewczyną, która wraca nocą sama do domu”.

Czyli będzie o filmie. To dzięki niemu Ana Lily Amirpour zyskała rozgłos. W 2011 ta reżyserka, aktorka, producentka i  scenarzystka nakręciła krótkometrażową wersję pod tym samym tytułem, w 2014 roku pełny metraż zyskał uznanie na festiwalu Sundance. Jedni się “Dziewczyną…” zachwycają, inni narzekają na rozwlekłość akcji. Porównania autorki do Quentina Tarantino są z pewnością przesadzone, bo brakuje jej dosyć wyraźnie potoczystości opowiadania chociażby. Zestawianie jej z Jarmushem ma już trochę więcej sensu – znajdziemy tutaj niesamowity klimat i porządną dawkę ciekawej muzyki.

Reżyserka jest pochodzenia irańskiego, a jej dzieło – mieszanką filmu wampirycznego, spaghetti westernu i teen drama. Krwiopijność ma tu podłoże kulturowe, A bawi się metaforą opisując nią obcość irańskiej kobiety. Oprócz tytułowej postaci mamy tutaj też stylizowanego na Jamesa Deana bohatera i kilka barwnych (choć film jest czarno-biały) postaci. Ale skupmy się na tym, co interesuje nas najbardziej – czyli na dźwiękach.

Radio Teheran

To jeden z zespołów, które pojawiają się na ścieżce dźwiękowej. Jest tu bowiem oczywiście mnóstwo muzyki irańskiej, choć nie tylko. W sekwencji inicjalnej wita nas  ”Charkhesh e Pooch” zespołu Kiosk. Utwór teherańskiej grupy bardzo dobrze wprowadza w nastrój westernu, mocno kojarząc się z kultowym “W samo południe” i piosenką Dimitriego Tiomkina. Bardzo ciekawy jest zabieg manipulacji dźwiękiem – gdy bohater przechodzi obok wąwozu pełnego trupów (normalna rzecz w mieście, w którym mieszka wampir), utwór zostaje spowolniony.

Bohater o wdzięcznym imieniu Arash jak wspominałam stylizowany jest na Jamesa Deana, towarzyszy mu kot (a właściwie kotka), ważną rolę w jego losach odegra narkotykowy dealer, a głównym kłopotem jest uzależniony od substancji psychoaktywnych ojciec. Muzycznie młodemu mężczyźnie najczęściej towarzyszy Radio Teheran – zespół, jak sama nazwa wskazuje, irański. Lekko elektroniczny, ale głównie gitarowy, brzmiący zarówno w przestrzeni pozakadrowej, jak wtedy, gdy bohater jedzie pracować w ogrodzie bogatej dziewczyny (jedna z postaci drugoplanowych), jak i w diegezie. W końcu gdy nasi bohaterowie się spotykają – to nieuniknione – Arash puszcza wampirzycy utwór “Khabanama”. Towarzyszy temu dialog na temat muzyki: wspólnie uznają, że smutne piosenki są najlepsze, dowiadujemy się też, że ona ostatnio słuchała Lionela Richie. Radio Teheran jeszcze ich połączy, ale tymczasem przyjrzyjmy się postaci tytułowej.

Kiedy jeszcze nie do końca wiemy, kim jest postać grana przez Sheilę Vand, tańczy ona do piosenki Farah. To irańska piosenkarka, której kawałki mają uroczy klimat lo-fi: chałupnicza elektronika i niedbały śpiew, bardzo stylowo wpisujące się w czarno-biały świat pokoju wampirycznej bohaterki. “Dancing Girls” to smutna piosenka, więc wszystko się zgadza. Jednak po wyjściu z domu dziewczynie towarzyszą już dźwięki znacznie mroczniejsze.

Wampiryczny spaghetti soundtrack

I tu poznajemy zespół Federale. Znacie Federale? To niezwykle klimatyczna muzyka rodem z “Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” czyli Ennio Morricone w wersji nieco bardziej ponurej. Grupa pochodzi z Portland, a w “Dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” pojawia się w scenach, gdy tytułowa bohaterka patroluje ulice miasta. A to przygląda się znajomej prostytutce, która wyraźnie ją intryguje (postać bardzo ciekawie wpisująca się w cały wątek kobiecego losu w filmie), a to pożera swoje ofiary. Gdy Arash schodzi na złą drogę ten swoisty lejtmotyw zaczyna łączyć obydwie postacie,  jeszcze zanim poznają się w świecie przedstawionym. Ponieważ film jest pełen malowniczych scen, nie mogło zabraknąć i takich, w których obraz wspólnie z muzyką Federale tworzy swoiste miniteledyski. Ale jest tutaj i scena, którą spokojnie można by wyciąć i traktować jako pełnoprawny wideoklip.

Boję się zasnąć, boję się wrócić do domu

Czy to spoiler powiedzieć, że bohaterowie w końcu się sobą zainteresują? Chyba nie. Pięknej scenie, w której rozwija się ich wzajemna fascynacja, towarzyszy “Death” zespołu White Lies. W filmie mamy całą piosenkę, podczas tej sceny niewiele się dzieje, jeśli chodzi o zdarzenia, ale mnóstwo – jeśli popatrzymy na emocje. Pięknie podkreśla to kawałek, który opowiada o lęku przed katastrofą lotniczą. Katastrofy towarzyskie potrafią być równie śmiertelne, zwłaszcza, gdy jedną ze stron jest wampir, więc White Lies wypadają tu nie tylko stylowo, ale bardzo ładnie wydobywają ze sceny dodatkowe znaczenia i podkreślają przeczuwane przez widza emocje.

Chodź, kochanie

Wróćmy jeszcze na koniec do muzyki nieanglojęzycznej. Najciekawszy wykonawca, jaki pojawia się na soundtracku, to Bei Ru – hip-hopowy muzyk ormiańskiego pochodzenia. W jego instrumentalnych utworach mamy islamskie zaśpiewy wmiksowane w niosącą elektronikę – chillout, downtempo, trip-hop, te klimaty. W filmie towarzyszy scenom imprezy – czy tego słuchają irańskie nastolatki? Jeśli tak, to mają dobry gust.

Trochę inaczej wygląda sprawa z lokalnym dilerem narkotykowym – przynajmniej mi nie do końca przypadło do gustu minimal techno w wykonaniu Free Electric Band. Do utworu “Bashy” tańczy nasz drugoplanowy ciemny typ, i nie udaje mu się zrobić wrażenia na tej, dla której taniec jest przeznaczony, ale udaje mu się nieco rozbawić widzów.

Oprócz nowych brzmień mamy też nutkę nostalgii – łączy się z ojcem bohatera. W nostalgicznej scenie towarzyszy mu “Cheshme Man” wykonywane przez Dariusha, którego widziałabym w roli irańskiego Krzysztofa Krawczyka (niestety nie jestem specjalistą od tamtejszej sceny muzycznej). Taka melancholijna pioseneczka popowa.

Ostatnią piosenką, jaką słyszymy, jest utwór weselny. “Yarom Bia” w wykonaniu zespołu Kiosk, to bardzo wpadający w ucho utwór. Czy oznacza happy end, czy jest użyty ironicznie? Musicie sprawdzić samodzielnie w kinach.

“O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” wchodzi do polskich kin już 14 sierpnia.

Katarzyna Borowiec