Ocean – “Wojna świń”

Ocean – “Wojna świń”
Ocean Magament Recoids/2011

Ponad rok temu rozpoczęli wojnę świń…

Czwarta płyta polskiego zespołu rockowego Ocean ujrzała światło dzienne ponad rok temu.  I choć poniższa recenzja została napisana zaraz po ukazaniu się krążka, zawarte w niej tezy podtrzymuję do dziś. Proroctwa także. Bo to właśnie one okazały się niezwykle trafne – zespół przez ostatnie 12 miesięcy harował w pocie czoła na koncertach, by udowodnić, że materiał  jaki nagrali w studiu  da się zagrać na żywo i to jeszcze lepiej niż na płycie. Wielka w tym zasługa cenionego w świeciecie muzyki inżyniera dźwięku – Vance`a Powella.

To nazwisko, które powinno elektryzować miłośników dobrego rockowego grania. Ten niezwykle ceniony producent, odpowiadający za brzmienie takich zespołów jak The Dead Weather czy The White Stripes pomógł w stworzeniu czwartej płyty wrocławskiej kapeli.  Krążek zatytułowany “Wojna świń” ujrzał już światło dzienne i efekty pracy laureata Grammy oraz muzyków kapeli usłyszał cały świat. Przyznam, iż mocno ekscytowałam się “Wojną świń”, oczekując dobrego i surowego grania, jakie zapowiadali od dawna chłopaki.

Następnym razem postaram się poskromić swoje oczekiwania i nadzieje, by rozczarowanie nie było tak przytłaczające. Problem tego krążka nie leży w niedopracowaniu czy warstwie brzmieniowej, ale braku jakiegoś punktu spajającego numery na albumie, klimatu czy pazura. Ocean gra ostrzej w porównaniu do swoich poprzednich dokonań i zwrot ten można uznać za spory plus, ale trudno “Wojnę świń” uznać gatunkowo za materiał, w którym grupa dobrze się czuje. Nie mnie oczywiście oceniać nastroje i sympatie muzyków, wrażenia jednak są jakie są…

Pierwszy singiel “W piekle nie będę sam” promujący czwarty album Oceanu, zapowiadał, iż grupa przedstawi światu naprawdę dobry i świeży jak na polskie realia materiał. Nie zawiedzie się “Wojną świń” ten, kto lubi po prostu odreagować przy mocnych gitarowych riffach. Rozczarowany będzie jednak ten, kto znając dzieła jakie wyszły spod ręki chłopaków z Oceanu i Powella (są to przecież między innymi mistrzowskie “Sea of Cowards” i “Horehound” zespołu The Dead Weather), usłyszy finał prac nad tym krążkiem. Zestawienie rytmicznych manier przypominających dokonania Korna i riffów rodem z garażów w Seattle  jest połaczeniem, które wprowadza mnie w stan totalnego odlotu.  Ale nie w tym przypadku.  Tutaj wszystko męczy, nudzi  i szybko staje się ciężkie do strawienia. Teksty o niczym i o wszystkim jednocześnie,  szybko zniknęły mi gąszczu muzyki. Po kilkuktrotnym przesłuchaniu mogłam jedynie powiedzieć:  No fajna gitarka i power. I to wszytko.

No i dochodzę do momentu gdzie dokładnie rok temu wyskrobałam takie oto słowa: Mimo wszystko płyta ma szansę zrobić furorę na koncertach. Materiał ten daje muzykom spore pole do popisu i wierzę, że Ocean ma szansę zabawić festiwalową publiczność. Nie wiem jednak, czy tak nowatorskie rozwiązania w polskim rocku, mają szansę sprawdzić się na polskim rynku muzycznym. Bo kto, poza radiową Trójką, zagra nowe utwory formacji? Czas pokaże.

Tak, na festiwalach chłopaki z Wrocławia dają czadu, mało tego – robią tam nie lada  furorę.  Już wkrótce doczekamy się zapewne anglojęzycznej płyty zespołu, jednak tym razem nie będę oczekiwać jej jak jak zmartwychwstania Jezusa – wolę zostać mile zaskoczona, niż gorzko rozczarowana.  To za bardzo boli.

Agnieszka Emma Pawłowska