Oneohtrix Point Never – “Replica”

Oneohtrix Point Never – “Replica”
Software/2011

“Jak z reklamowych sampli stworzyć postapokaliptyczny soundtrack?” – odpowiada Daniel Lopatin.

Według Majów koniec świata ma nastąpić w 2012 roku. Jednak Daniel Lopatin, który tym razem ukrywa się pod szyldem Oneohtrix Point Never, apokalipsę funduje nam trochę wcześniej. Tak właściwie to już jest po, a świat podnosi się z kolan, aby na gruzach minionej cywilizacji zbudować “nowy lepszy”. Do soundtracku tego postapokaliptycznego uniwersum posłużyły bloki reklamowe z lat 80. i 90., które w najbardziej kiczowaty sposób sprzedawały produkty zwykłym zjadaczom chleba. Postmodernizm pełną gębą – stąd też tytuł albumu – “Replica”.

Wszechobecna ponura atmosfera, porównywalna z tą panującą w fantastycznych filmach Ridleya Scotta, jest równie ciężka co radioaktywne opary unoszące się w powietrzu zniszczonego świata. Ascetyczne repetycje sampli tworzą muzykę prostą, acz na wskroś sugestywną i przenikliwą. Dziwaczne dźwięki, deformowane i smagane wolą twórcy płynnie przechodzą w następne, równie schizofreniczne. To, że były one kiedyś częściami tworów mających na celu w ekspresowym tempie trafić do odbiorcy i go “kupić”, słychać sporadycznie. Jednak jako całość fascynują i hipnotyzują.

W tych przesiąkniętych dronem kompozycjach widać spore ślady minimalizmu Steve’a Reicha czy Philipa Glassa. Niepokojące elektroniczne dźwięki są tutaj segmentowane tymi bardziej przystępnymi. Ciekawymi zabiegami jest ubieranie w melodie utworów na nowo. Takim przykładem bedą choćby następujące po sobie utwory “Power of Persuasion” i “Sleep Powder”. Choć zostały stworzone praktycznie z bliźniaczych sampli, finalnie bardzo różnią się. Tytułowa “Replica” ma w sobie jazzową nonszalancję, która z wielką gracją prowadzona jest przez proste akordy fortepianowe. Czystym ambientem jest natomiast utwór “Submersible”, który wyraźniej odstaje od pozostałych kompozycji.

Tak naprawdę ten, na pierwszy rzut ucha, elektroniczny minimalizm Lopatina, wcale nie jest nieprzystępny. Zdarzają się na “Replice” zapętlenia nieomalże hip-hopowe, a taki “Up” jest całkiem żwawy i momentami zaczyna przypominać dokonania Jean Michaela Jarre’a. Równie miły jest dodatek chóru w “Child Soldier”, który przełamuje ucięte i zmodulowane z dziecięcej reklamy zabawek “Transformers” powtarzane w kółko. Dobór reklam, które posłużyły za materiał budulcowy na płycie, jest równie różnorodny, co stylistyka muzyczna na niej się znajdująca. Całość jednak, jest utrzymana przez Lopatina w ryzach, tworząc nieomalże hermetyczne dzieło.

“Replica” Lopatina, mimo swojego tematu, daleka jest od patosu, którym mogłaby epatować. Cały materiał jest niesamowicie sugestywny, ale jego klimat – mimo to – jest jego nie jedyną wartością. Wielkie brawa należą się Lopatinowi za album, który już został ogłoszony jednym z najbardziej wizjonerskich 2011 roku. Z taką muzyką nawet apokalipsa nie rysuje się w AŻ tak katastrofalnych barwach.

Tomek Milewski