Relacjeprzemek

Open’er 2014 – czwarty dzień festiwalu

Relacjeprzemek

Open’er 2014 – czwarty dzień festiwalu

Wychodzimy z lotniska w podskokach.

Festiwal to sztuka wyborów, kto był, ten wie, jak bardzo niełatwych. Właśnie dlatego zostałam do końca, żeby posłuchać jak Domowe Melodie robią zamieszanie na Here nad Now, zamiast w połowie uciekać na Kari do namiotu. Nie wiem, jak oni to robią, ale czy to na kameralnym koncercie, czy na dużej festiwalowej przestrzeni udaje im się wprowadzić atmosferę… domowego koncertu. Mimo setek metrów kwadratowych “Zbyszek” brzmi jak grany w pokoju tylko dla wybranych i dopiero gdzieś w połowie orientujesz się słuchaczu, że wcale nie masz kapci na nogach, tylko siedzisz pośród setki innych ludzi, którzy pidżamy zrzucili dobre kilka godzin temu. Prostota jest tu niewątpliwie kluczem do sukcesu, wzbogacona o jakiś nieopisany urok osobisty tego trio. Warto też wspomnieć o coverze – “Addio pomidory” Maryli Rodowicz nigdy nie brzmiały tak pysznie, jak tego lata.

O 20 na scenie głównej pojawili się The Horrors. To nie są zdecydowanie ich czasy i nie mam tu nawet na myśli piosnek na najnowszym krążku, ale to, jak prezentowali się na scenie. Mimo tylu gitar zabrakło prądu, polotu, koncertowego szaleństwa.

Tent Stage okazał się być przyjaznym miejscem dla Artura Rojka. Przestrzeń pod niebieskim dachem została zaaranżowana tak, by nie było wątpliwości kto tu rządzi. Wielkie logo, charakterystyczne oświetlenie i cała powierzchowność zespołu ubranego na biało podkreślała, że tu i teraz dzieje się pewien spektakl. Za wyjątkiem pierwszoplanowej postaci pojawiło się tez kilku statystów- “Beksa” zabrzmiała naprawdę prawdziwie w towarzystwie chóru dzieci i seniorek. Zawiedli się ci, którzy oczekiwali po tym występie choćby cienia muzycznej przeszłości Rojka – nie było Myslovitz ani Lenny Valentino, tylko materiał z solowej płyty. Zadziwiające, że sam artysta wydawał się być zaskoczony ciepłym przyjęciem, nie przygotowując bisu. Kiedy pojawił się na scenie drugi raz, zabrzmiały single- “Beksa” i “Syreny”.

Namiot grał dobrze do końca sobotniego wieczoru. Po Rojku przyszedł czas na Daughter, jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów tej edycji festiwalu. I nie zwiodłam się, “If You Leave” zabrzmiało na żywo pięknie. Lepiej niż na płycie, a to głównie za sprawą chóru złożonego z publiczności, która systematycznie wspierała wokalnie Elenę, doprowadzając ją do łez (wzruszenia, rzecz jasna!). Pięknie zaśpiewane razem “Youth”, ekstatycznie przyjęte “Winter” i cała ta masa emocji, wynikająca ze zderzenia nieskończenie melancholijnego materiału z tak entuzjastyczną reakcją publiczności, sprawiły, że powietrze pod sceną zgęstniało. Daughter zaczarowali namiot i – co ważne – obiecali, że wrócą.

W przerwie między jedną smutną wokalistką trzema kolejnymi była okazja podejrzeć Bastille. Nic już chyba nie przekona mnie do tego zespołu, koncert na Babich Dołach również tego nie zrobił. “Things We Lost In Fire” było tylko małym przerywnikiem między tym, co działo się na Tent Stage. A działo się sporo, bo do teraz, trudno mi określić, kto z sobotnich artystów zagrał tam lepszy koncert. Daughter czy Warpaint. Amerykanki pokazały pazur, a za sposób, w jaki wykonały “Drive” powinny otrzymać jakąś nagrodę specjalną, nie tylko aplauz. Najlepszy rock w kobiecym wydaniu, bez wdzięczenia się i tanich chwytów. Te cztery sceniczne osobowości mają wyraźną zdolność porywania tłumów, i nie chodzi tu o “przebój-petardę”, ale o to jaką synergię wytwarzają grając swoje surowe melodie.

Zakończenie festiwalu – moment, kiedy każdy z uczestników widział już sporo koncertów, nie wiadomo, czy ma siłę na więcej. Wokalista Phoenix wspominał, że obawiali się tego koncertu, bo zakończyć festiwal to trudne zadanie. Po tym, w jakim stylu zrobili to Phoenix można uznać słowa Thomasa Marsa wyłącznie za kokieterię. Phoenix nie zawodzi! Sobotnia setlista była ułożona idealnie, hity z poprzedniej płyty zamknięte klamrą piosenek z “Bankrupt” (cudowne “Entertainment” na koniec!) grały rewelacyjnie. Skromna, ale jakże trafiona oprawa wizualna i – nie wiem, czy to zasługa mojego zmęczenia, czy ekscytacji, ale Francuzi byli chyba najlepiej nagłośnionym zespołem na scenie głównej. Idealnie!

Katarzyna Wojtasik
foto: materiały prasowe