Relacjeprzemek

Open’er 2014 – relacja z drugiego dnia festiwalu

Relacjeprzemek

Open’er 2014 – relacja z drugiego dnia festiwalu

Elektroniczny czwartek na Babich Dołach.

Czwartek na festiwalu rozpoczął się dla mnie od koncertu MGMT. Opinia, że to mistrzowie jednej płyty, częściowo została wczoraj potwierdzona.  Kolejne dwa krążki nie są idealnym materiałem na festiwale, więc przeplatanie ich regularnymi wstawkami z “Oracular Spectacular” napędzało gdyńskie show.   Publiczność zdawała się to doceniać – tłum podskakiwał regularnie pod główną sceną. Ten występ to nie było premierowe show w związku z wydaniem “MGMT”. To był koncert dla tych, którzy zespół widzą na żywo po raz pierwszy oraz tych, którzy po prostu lubią poskakać pod sceną. Bez przekombinowanego, mistycznego show – tylko zabawa. W okolicach ekstatycznie  przyjętego “Kids”, udałam się w zupełnie przeciwną stronę.


I nie chodzi tu tylko o lokalizację sceny namiotowej, ale przede  wszystkim o klimat, który The Afghan Whigs wprowadziło swoim koncertem w Gdyni.  Maksymalnie profesjonalny, dbający o każdy szczegół i najdrobniejszy dźwięk Greg Duli potrafi zbudować z rockowego koncertu pewnego rodzaju widowisko. Wyostrza, akcentuje dźwięki, bez żadnych efektów specjalnych staje się mistrzem ceremonii. Materiał z “Do to the Beast” zabrzmiał surowo, ale pięknie. Bestia naprawdę ożyła.  Można było odnieść wrażenie, że cały ten występ wręcz nie pasuje do festiwalowego klimatu i ogólnego rozprężenia, tak bardzo kontrastował z tym, co do tej pory można było usłyszeć na Babich Dołach.

Potwierdza to występ, który rozpoczął się tuż obok. MO na Here and Now Stage po raz pierwszy pokazała się polskiej publiczności. I wiele wskazuje na to, że pokazała się od dobrej strony. Materiał z debiutu bardzo dobrze zabrzmiał na żywo, sama artystka okazała się być wulkanem energii, przemierzając scenę w tę i z powrotem wskakując w tłum i prowokując rozmaite interakcje. Dobra muzyka na płycie, tak samo dobra na żywo – jeśli gustujecie w popowo-elektronicznych brzmieniach, MO was nie zawiedzie. Szkoda było rozstawać się z nią przed zakończeniem koncertu, ale w Alter Stage występ rozpoczynało Jagwar Ma. To było jedno z większych zaskoczeń tego dnia – Australijczycy porwali publiczność. Spodziewałam się niemal tego samego, co na krążkach, a dostałam wspólnie z roztańczonym tłumem, wspaniałe piętrzące się sety. Samo “Come and Save Me” trwało niemalże kwadrans, urosło do kilku dodatkowych refrenów i sprowokowało miliony podskoków. To bez wątpienia najbardziej kolorowy i radosny koncert czwartkowego Openera, z bardzo prostym podprogowym przekazem: baw się i tańcz!

Zupełnie odwrotnie działo się chwilę później na głównej scenie. Pearl Jam wytoczyli swoją rockowa machinę. Nie spotkałam  wczoraj ani jednego nieusatysfakcjonowanego fana tego zespołu – esencja repertuaru zabrzmiała nad Wisłą. W kwestii efektów specjalnych Pearl Jam nie jest mistrzem – do takich zaliczyć można na przykład dialogi Eddiego z publicznością. Po polsku rzecz jasna, ku uciesze zgromadzonych.

W namiocie dobra aura utrzymywała się od pierwszego dnia, w czwartek taki stan rzeczy trwał dalej między innymi za sprawą tajemniczej wciąż Bokki. Piękna oprawa wizualna, aura tajemnicy podkreślana kostiumami zespołu i żadnych szans na długie przemowy ze sceny. Bokka gra, nie gada. Zdarzyło im się zadać pytanie, które śmiało można wrzucić do kategorii tych retorycznych – Jak się bawicie? pojawiło się za plecami zespołu, ale odpowiedź była doprawdy oczywista. To był bardzo dobry, równy koncert i dowód na to, że na debiutanckim krążku nie ma ani grama elektronicznej ściemy. Wszystko jest do zagrania i w wersji live brzmi tak samo autentycznie. Genialna rogrzewka przed mającym wystąpić tuż po nich Darkside.

Napięty program Tent Stage pozwolił tylko na krótką wizytę po sąsiedzku- na Here and Now grał Rasmentalism w towarzystwie orkiestry. Ileż dobra wniosła grupa klasycznych instrumentów do brzmienia hip-hopowego duetu! Było głębiej, szlachetniej, barwniej. Pozostaje mieć nadzieje, że ten eksperyment jest powtarzalny i materiał w takiej wersji uda się jeszcze usłyszeć na żywo.

Wróćmy jednak do namiotu, bo tam znów zadziała się magia. Wyczekiwany przeze mnie Darkside i ich re-we-la-cyj-ny (nigdy jeszcze nie byłam tak bardzo pewna tego słowa w odniesieniu do koncertu) występ. Poszatkowany na kilka transowych odcinków, z dobrymi przejściami i mroczną aurą szybko awansował na pierwsze miejsce wśród czwartkowych występów. Przerośnięte wersje utworów, z doskonale wystopniowanym  napięciem i przestrzenią na niemal wszystkie stany – od melancholijnego transu po taneczną euforię. Poprzeczka dla dobrego elektronicznego  koncertu dzięki duetowi Jaar&Harrington zawisła naprawdę wysoko.

Na koniec Rudimental. Chociaż nie jestem fanką tego typu brzmień, udało im się mnie zatrzymać, ba, nawet skłonić do aktywności wykraczającej poza spektrum sceptycznie nastawionego festiwalowicza. To nie jest plastikowy pop z laptopa, to jest organiczna muzyka rozrywkowa. Warto było się skusić, chociażby dla całej gamy różnorodności rytmów, jakie dawała pierwsza połowa tego show.

Katarzyna Wojtasik
foto: materiały prasowe