Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia drugiego

Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia drugiego

Ciągłe góry i doliny.

Drugi dzień Open’era będzie można zaliczyć do najdziwniejszych w swojej piętnastoletniej historii. Po pierwsze, z racji zaproszonych wykonawców, to właśnie ten dzień ściągnął najliczniejszą grupę widzów, którzy świecili swoimi jednodniowymi opaskami, gdzie tylko rzuciło się okiem. Druga przyczyna była już niezależna od festiwalu, ponieważ z racji trwania Euro i polskiej drużyny w ćwierćfinale, duch kibica unosił się cały czas. Sprawiło to, że atmosfera była napięta od samego początku. A im bliżej meczu i koncertu Red Hot Chili Peppers, tym więcej koszulek polskiej drużyny i amerykańskiego zespołu pojawiało się na horyzoncie.

O meczu nie ma co się rozpisywać, bo wynik zna i tak każdy. Najciekawsze było w tym wszystkim to, jak piłka zbliżyła do siebie nieznających się zupełnie ludzi. Przy pierwszej trafionej bramce ludzie zbijali piątki, krzyczeli, cieszyli się, a radość spod Tent Stage, gdzie znajdował się telebim, dotarła uderzeniową falą na drugi koniec festiwalu. Osobiście uważam, że nie ma co wieszać psów na ludziach, którzy woleli iść na mecz niż oglądać koncerty, bo to ich wybór, co robią ze swoimi pieniędzmi, które wydali na bilet. Pokazuje to natomiast zaradność organizatorów, którzy wysłuchali ludzi i postanowili pójść im na rękę.

Muzykom Red Hot Chili Peppers ta piłkarska gorączka też musiała się udzielić. Grający na basie Flea kilkakrotnie podśpiewywał “Polska, biało-czerwoni” ku uciesze tłumu. Nawet jeśli brzmiało to ślicznie, szkoda, że publiczność tak żywo reagowała bardzo rzadko na ich koncercie. Współczesna wersja amerykańskiej grupy wydaje się być w strasznej rozsypce. Anthony Kiedis nie musi śpiewać, bo jego melorecytowane wstawki znają już wszyscy, ale najwyraźniej chciał się nauczyć i wszyscy musieli usłyszeć tego efekty. Sekcja rytmiczna przechwalała się swoimi umiejętnościami czasami zapominając o tym, żeby grać w punkt, a młodziutki Josh Klinghoffer robił co mógł, żeby ludzie zapomnieli o Johnie Frusciante, choć wiadomo, że do prostych rzeczy to nie należy. Szczególnie, kiedy jego cover utworu “Warszawa” Davida Bowiego brzmiał jak żywcem wyjęty z “To Record Only Water for Ten Days”. Najsłynniejsze single brzmiały trochę płasko i bez energii, nie zachwyciły “Can’t Stop” czy “Californication”. Za to energię czuć było przy nowych utworach grupy. Świetnie zabrzmiało “Dark Necessities”, brudnego groove’u dodał “Detroit”, a “Go Robot” zaprowadził nas w świat szaleńczego funku. Szkoda, że ta niepewność wciąż jest obecna i ciężko powiedzieć, co zrobią dalej. Przed muzykami trudna droga – albo znaleźć nowy sposób na siebie, albo odcinać kupony od swojej dawnej świetności. Nie można wiecznie udawać, że ma się dwadzieścia lat i myśleć, że nikt nie zauważy.

Na szczęście koncertów było trochę więcej. M83 Anthonego Gonzaleza umiejętnie przeskakiwali między swoimi szlagierowymi numerami jak “Steve McQueen” czy “Midnight City” wplatając swoje utwory z niedawno wydanego albumu “Junk”. “Go!” czy “Laser Gun” z gościnnym udziałem Mai Lan zrobiły robotę i brzmiały na pięknie dopieszczone. Może nie wszyscy lubią napompowaną muzykę francuskiego muzyka, ale trzeba przyznać, że w wersji koncertowej to petarda. Kto usłyszy “Lower Your Eyelids to Die With the Sun” na żywo, ten zrozumie. Ulubieńcy indie rocka, brytyjscy Foals, też zagrali nieźle. Czasem gubili swoje mojo i gwarantowane hiciory jak “Mountain at My Gates” czy “Olympic Airways” nie chwyciły, jak trzeba, w wielu innych momentach oddali to z nawiązką. Yannis Philippakis biegał, skakał, krzyczał – robił wszystko po to, żeby zaktywizować licznie zgromadzoną publiczność. Beirut prowadzony przez Zacha Condona przeniósł nas w folkową podróż po świecie za sprawą swoich największych hitów jak “Elephant Gun” czy “Postcards From Italy”. Choć niedawno wydał swój album “No No No”, na żywo obdzielał materiałem z większości swoich wydawnictw, co dawało świetny dysonans pomiędzy wczesną, około-bałkańską muzyką aż do momentu, w którym jest obecnie tworząc wielkomiejski folk bez uciekania się w ograne patenty. Dan Fraith i jego Caribou na koniec burzowego, męczącego dnia był jak zbawienie. Choć szkoda, że pojawił się po dwóch latach od premiery swojej ostatniej płyty “Our Love”, ale lepiej późno niż później. Z polskiej reprezentacji na Alter Stage radził sobie polski duet Rebeka zbierając cały namiot do swojej synthpopowej krainy, Piotr Zioła ze swoim retro sznytem także zadowolił pokazując, że w polskiej muzyce ciągle jest miejsce na szukanie swoich nisz i dobre ich wykorzystanie.

Drugi dzień gdyńskiej imprezy był dość nierówny. Największe wydarzenia nie spełniły oczekiwań, ogrom ludzi momentami był wręcz przytłaczający i organizatorzy w tym aspekcie mogli się nieco przeliczyć, bo rąk do pracy i miejsca po prostu brakowało. Mimo wszystko byliśmy w stanie zobaczyć sporo dobrego, a to nastawia jedynie pozytywnie na kolejne dni imprezy. Była burza, teraz niech tylko wyjdzie słońce.

Kuba Serafin