Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia ostatniego

Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia ostatniego

Wszystko, co dobre, kończy się zbyt szybko.

Ostatniego dnia Open’era dało się odczuć tę niecierpliwą atmosferę wynikającą z wielu czynników – przede wszystkim mowa tutaj o dziwnym doborze headlinerów, który przed festiwalem był szeroko komentowany w mediach społecznościowych. Pharrell Williams, który na gdyńskiej imprezie pojawił się w zastępstwie za inną gwiazdę oraz wschodząca gwiazda współczesnego EDM’u, Kygo, który powodował raczej wzruszenie ramionami i zapytania “kto?” puszczone w eter. Przez to scena główna nazywana kąśliwie RMF MAXXX Stage mogła przeżyć poważny spadek frekwencyjny w porównaniu do dni ubiegłych. Stało się inaczej.

Pharrell Williams to świetny producent, nie można mu tego odmówić. Zarówno w The Neptunes, jak i przy twórczości solowej pokazał w ciągu swojej ponad dwudziestoletniej kariery, że jest w pierwszej lidze. Całe szczęście postawił właśnie na ten materiał, bo jego twórczość solowa z tym przeklętym “Happy” na czele woła o pomstę o nieba. Nie jest dobrym wokalistą i chyba jest też tego świadom, więc dawał raczej możliwość wyśpiewania się wszystkim innym niż sobie. Z tego i wielu innych powodów koncert przypominał bardziej domówkę, na którą pospraszał gości. Pełną tancerek, kolorków i muzyki, którą zdarzyło mu się produkować. Choć występ był wypakowany hitami, jak “She Wants To Move”, “Blurred Lines” czy “Get Lucky”, całościowo miałem raczej mieszane odczucia.

Jednak i tak było lepiej niż w przypadku Kygo, który za swoją konsoletą nie robił zbyt wiele poza machaniem rękami i wyrzucaniem kolejnych hiciorów. Aż było mi przykro, że to nie grający dzień wcześniej Paul Kalkbrenner zamykał tegoroczną edycję. Co ciekawe, szwedzki producent i tak zebrał ogromną publiczność, co było zaskoczeniem biorąc pod uwagę przedfestiwalowe narzekania. Najwyraźniej malkontenci zrezygnowali i poszli w tany. A wystarczyło pójść na Alter Stage, gdzie JAAA! robiło wspaniałą robotę transująco-wkręcającym setem ze świetnymi wizualizacjami i potężnym tąpnięciem. Nie mogę się doczekać powtórki na tegorocznym OFFie! Na Bastille wolę spuścić zasłonę milczenia, bo wciąż nie potrafię przekonać się do ich muzyki. Choć wciąż szanuję za cover “Rhythm is a Dancer”. O The 1975 też nie mogę się niestety za bardzo wypowiedzieć, ponieważ koncert brytyjskiej grupy poważnie skrócono z racji burzy, przez co załapałem się jedynie na mały skrawek koncertu.

Ostatni dzień festiwalu zdecydowanie należał do Tent Stage, bo tam, w przeciwieństwie do sceny głównej, działo się o wiele więcej dobrego. Dla mnie występ świeżo reaktywowanego At The Drive-In był jednym z najważniejszych powodów, dla których postanowiłem wybrać się do Gdyni. Oczekiwania zostały spełnione w stu procentach. Choć bez Jima Warda (wielka szkoda!), grupa z El Paso zagrała z ogromną werwą i luzem. Przeważał materiał z “Relationship of Command” i całość skończyła się zdecydowanie zbyt szybko, ale i tak wyszedłem więcej niż zadowolony. Tym razem było czuć, że mamy do czynienia z zespołem, który chce grać. Utwory sklejały się w jedną całość, muzycy pozwalali też sobie na małe improwizacje, przez co koncert był bardzo organiczny i niewymuszony. Cedric Bixler-Zavala zagadywał tłum, skakał z głośników i brzmiał na niezwykle zadowolonego z wizyty, co wielokrotnie podkreślał podczas koncertu. Mają też miejsce w moim sercu z jeszcze jednego powodu – potwierdzili prace nad nową płytą i obiecali pojawić się w Polsce z jej promocją. Trzymam za słowo, jeśli this station is now operational.

Idąc tropem Tent Stage, występujące po At The Drive-In trio Chvrches również zaprezentowało się z bardzo dobrej strony. Szkocka grupa zagadywała publiczność (Lauren śmiejąca się z wybiegu pod sceną podbiła moje serce) i cieszyła się z jej każdej reakcji. Oszczędna scenografia nadawała koncertowi pewnej intymności, a muzyka rozruszała jak trzeba. Zagrali wszystko, co chciało się usłyszeć z “The Mother We Share” na czele, ciężko było się przy tym nie uśmiechać. Chwilę później atmosferę zagęściła Grimes. Osobliwa oprawa koncertowa przyciągała oko od samego początku. Szalone tancerki, błyski stroboskopów i jaskrawe kolory przeważały, ale można było spodziewać się tego po specyficznej muzyce kanadyjskiej artystki. Niestety, największą bolączką koncertu były przesterowane basy, które zniszczyły wszystko, co można było usłyszeć na żywo. Dopiero obejrzenie streamu kilka dni później pozwoliło wyłapać o wiele więcej, a szkoda, bo w muzyce Kanadyjki działo się strasznie dużo. ADHD panny Boucher miało swoje dobre strony, ale odbiło się to także na wykonaniu. Doceniam jej wszechstronność, perfekcjonizm w kwestii wizualno-muzycznej i trzymanie się ustalonego imidżu, ale robienie wszystkiego naraz nie zawsze wychodzi. Tutaj coś ewidentnie zgrzytało od samego początku.

Open’er 2016 to ponad 120 tysięcy widzów, którzy przewinęli się w ciągu czterech dni na terenie Kosakowa. To tona niezapomnianych wrażeń i świetnych koncertów. Nie było idealnie – olbrzymie kolejki, ścisk na polu namiotowym czy obecna afera z płatniczymi opaskami burzą idealny obraz festiwalu. Ale należy pamiętać, że Open’er to marka z piętnastoletnim stażem, która wciąż zaprasza tonę artystów, którzy budzą ogromne zainteresowanie, o czym świadczy ta rekordowa frekwencja. Może niech spojrzą jeszcze trochę na zachód, gdzie organizacja festiwali stoi na nieco wyższym poziomie, wtedy już naprawdę nie będzie na co narzekać. A im więcej dni mija, tym złe wspomnienia szybciej bledną. Do następnej edycji na pewno przejdzie. Do zobaczenia w 2017!

Kuba Serafin