Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia pierwszego

Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia pierwszego

Bez niespodzianek.

Festiwal Open’er rozpoczął się już po raz piętnasty. Dla wielu z uczestników to już stały punkt programu – wydarzenie budzące rokrocznie ogromne oczekiwania. Choć nie rzadko słychać głosy, że formuła festiwalu uległa zbyt poważnej zmianie w ciągu ostatnich lat, o czym często opowiadają bywalcy lat poprzednich, impreza budzi ogromne zainteresowanie i wciąż przyciąga do siebie rzesze nowych pokoleń. Czy i tym razem zdoła utrzymać swój status jednej z ważniejszych imprez na mapie Polski? Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale po kolei.

Widać, że festiwal idzie ścieżką wypracowaną w ciągu ostatnich edycji. Zderzenie się gwiazd mainstreamu i alternatywy powoduje, że znów jesteśmy w stanie zaplanować sobie wyjście na festiwal bez konieczności chodzenia na wykonawców, których byśmy nie chcieli widzieć. Naleciałości amerykańskiego festiwalu Coachella są w tym aspekcie nazbyt wyraźne, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Widać natomiast, że metoda się sprawdza i ściągnięcie tuz muzyki współczesnej przyciąga rzesze widzów. Od samego wejścia na pole namiotowe słyszeliśmy, że mamy ściskać nasz dobytek jak najbliżej się da, bo pole zostało wyprzedane. Kolejki festiwalowiczów to widok, który stał się już dla wielu normalnością. W momencie, kiedy mówisz sobie, że wejście do autobusu w mniej niż pół godziny to wielki sukces – wiedz, że w grę wchodzi właśnie mentalność Open’erowiczów i pocieszanie się, że zawsze mogło być gorzej.

Abstrahując od kolejek i innych przygód, trzeba skupić się na aspekcie muzycznym, bo pierwszego dnia dobrych koncertów było mnóstwo. Wykonawczo błyszczała przede wszystkim PJ Harvey. Choć postawiła na swój materiał z trzech ostatnich albumów, nie było na co narzekać. Grupa swoim muzycznym minimalizmem wciągnęła szczelnie wypełniony Tent Stage. Choć do “The Hope Six Demolition Project” miałem sporo zastrzeżeń po wspaniałej “Let England Shake”, w wersji na żywo takie utwory jak “Community of Hope” brzmią wręcz magicznie. Sceniczna prezencja PJ i jej muzyków nadawała tylko jeszcze więcej patosu i uniesienia.

Przeciwieństwem była szaleńcza machina dziejąca się na głównej scenie, którą zawładnął duet Miles Kane i Alex Turner – czyli dobrze znany The Last Shadow Puppets. Tutaj zastrzeżeń jest nieco więcej. Rozumiem, że muzycy porzucili zgrabne garnitury i nienaganną prezencję znaną z debiutu na rzecz luźnych marynarek i wife-beaterów, ale wyczuwałem za dużo wesołkowatości w graniu grupy, a za mało skupienia na muzyce. Turner biegał i zabawiał tłum zapominając nieraz o swoich partiach, które miał śpiewać, przez co Miles Kane (bezbłędnie zresztą) musiał się rozdwajać i robić multum rzeczy na scenie. W rezultacie koncert był udany, ale pozostawił po sobie pewien niesmak. Choć szanuję duet za improwizowany utwór poświęcony Tame Impala. Kevin Parker controls the weather here – mówili.

Może to prawda, bo podczas koncertu australijskiej grupy nie spadła ani kropelka. Parker i spółka w oparciu o swój materiał z tegorocznego albumu “Currents” starali się rozruszać tłum, co wychodziło im niesamowicie dobrze od samego początku. Kiedy otwierające “Let It Happen” zakończyło się deszczem konfetti, obawiałem się, że od tego momentu wszystko siądzie. Na szczęście nie mogłem być w mniejszym błędzie. “The Less I Know the Better”, “Feels Like We Only Go Backwards” czy “Mind Mischief” w nowych aranżacjach sprawiły, że od początku do końca szalałem w tanecznym, psychodelicznym i pięknym transie.

Dla wielu uczestników (a może powinienem powiedzieć uczestniczek) głównym punktem wczoraj była grupa Florence + The Machine. Setki wianków i dziewcząt wyglądających jak nimfy stały w pierwszych rzędach głównej sceny od samego początku festiwalu i dla nich koncert wydawał się być co najmniej katartyczny. Dla mnie był trochę przaśny. Nie można Welch odmówić muzycznej klasy i umiejętności rządzenia tłumem, ale muzyka Florence + The Machine nie do końca do mnie przemawiała. Niemniej jednak, gratuluję tak oddanych fanów.

Wolałem w tym czasie podróżować w okolicach Alter Stage. Tam pierwszą wizytę zaliczył Mac DeMarco. Zaskoczeniem był pełny namiot, jeszcze większym to, że chociażby takie “Another One” publiczność śpiewała głośniej od zespołu. Koncert z wielkim luzem, uśmiechem i muzyczną samoświadomością, której wielu może pozazdrościć. Zaś chwilę wcześniej na łopatki rozłożyły dziewczyny z Savages. Londyński kwartet promował tegoroczną płytę “Adore Life” i głównie na niej opierał się set, nie zabrakło na szczęście takich utworów jak świetne “Fuckers” czy “City’s Full”.

Koniec dnia to udane sety duetu xxanaxx i włoskiego DJ Tennisa, który swoją muzyczną podróżą przez rejony techno sprawił, że pomimo przebytych dziesiątek kilometrów na piechotę  dało się znaleźć resztki energii, żeby móc się pobawić. Jeśli pierwszy dzień miał tyle dobrych koncertów i dawał tyle przyjemności z muzyki, wierzę w to, że kolejne zaskoczą jeszcze nieraz. Marka zobowiązuje.

Kuba Serafin