Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia trzeciego

Relacjeprzemek

Open’er Festival 2016 – relacja z dnia trzeciego

Wystarczy, że muzyka płynie i wszystko będzie dobrze.

Trzeciego dnia wielu z uczestników festiwalu dopada kryzys. Zmęczeni po dwóch dniach bezlitosnego biegu między scenami, chętni są odpocząć. Szczególnie, jeśli przed nimi jeszcze cały kolejny, tak samo bezlitosny dzień. Niemniej jednak, trzeba było się za siebie zabrać, bo Open’erowy piątek obfitował w świetne koncerty.

Na podium stanęli dwaj headlinerzy wczorajszych występów – Sigur RósLCD Soundsystem. Oba zaoferowały masę dobrych wrażeń, choć na zupełnie różnych płaszczyznach. Islandzka grupa swój koncert rozpoczęła od mocnego wejścia w postaci niedawno wydanego utworu “Óvedur” otaczając się świetnymi wizualizacjami i ruchomymi stelażami z wyświetlaczami, które przy każdej kolejnej kompozycji przepoczwarzały się na jej potrzeby. Szkoda jedynie, że w trakcie koncertu niedaleka scena Orange skutecznie rozpraszała roznosząc się głośnym łomotem. Mimo takich warunków muzycy Sigur Rós poradzili sobie znakomicie. W ciągu prawie dwóch godzin trio przebiegło przez swoją bogatą dyskografię skupiając się na jej największych hitach jak “E-bow” czy “Glósoli”. Grali przy tym przejrzyście, majestatycznie i bezbłędnie.

Stanowili tym samym niezły kontrast dla LCD Soundystem. Formacja dowodzona przez Jamesa Murphy’ego skupiła się na kontrolowanym chaosie brudząc i niszcząc wszystko na swojej drodze. Jedynym mankamentem była jedynie głośność koncertu – jestem właściwie przekonany, że w kulminacyjnych momentach przekroczyli maksymalny poziom o kilka(naście) decybeli. Ale odpłacili się festiwalem wspomnień. Zagrali chyba wszystko, czego moglibyśmy sobie życzyć – “Daft Punk Is Playing At My House”, “New York, I Love You But You’re Bringing Me Down” czy nieśmiertelne “All My Friends”. Zagrali z lekkością pewni swoich umiejętności. Na szczęście nie czuć było, że to tylko skok na kasę, a nie właściwy powrót. Nie można mieć przecież wszystkiego.

Oprócz dwóch świetnych występów dało zobaczyć się też kilka bardzo dobrych. Kurt Vile i jego The Violators wkręcili w stonowany, sielankowy, folkowy klimat. Muzyka nie należała do najłatwiejszych, ale w momencie, gdy już tam jesteśmy i wsiąkniemy tę atmosferę, nagle nie będziemy chcieli być nigdzie indziej. Nothing But Thieves spełniło swoje oczekiwania, bo od tego koncertu nie wymagałem zupełnie niczego. Conor Mason rzeczywiście potrafi śpiewać fenomenalnie. Szkoda jedynie, że towarzysząca mu muzyka jest bardzo przeciętna. Radzą sobie i tak całkiem nieźle jak na debiutantów, ale liczę na to, że w przyszłości rozwiną się o  wiele bardziej, bo jest na to miejsce. I na przyszłość niech nie grają “Where Is My Mind”?, bo poczułem się po tym numerze nieco zażenowany. Tymczasem na scenie głównej Zbigniew Wodecki z Mitch and Mitch po raz kolejny sprawili, że poczułem sielankę w mojej głowie. Po trzech latach od momentu, gdy usłyszałem ich na OFFie widać zdecydowaną różnicę w wykonywaniu słynnych już utworów pana Wodeckiego. Towarzyszył im luz, zabawa formą. Przez to takie momenty jak “Panny mego dziadka” czy “Rzuć to wszystko, co złe” zabrzmiały wspaniale.Następujący po nim Wiz Khalifa to trochę nie moja bajka, bo nie kupuję tej postawy 420 BLAZE IT i nazywania go nowym Snoop Doggiem. Ale i tak “Black and Yellow” czy “Taylor Gang” rozruszały gęsty tłum zgromadzony pod Main Stage, więc zaproszenie go było dobrym wyborem. Na sam koniec dnia dwie potężne dawki elektronicznych dźwięków rozbrzmiewały do wczesnych godzin poranny. Najpierw nasza duma techno – Zamilska. Artystka poruszała się jak ryba w wodzie w swoim dusznym świecie mrocznych beatów prezentując materiał ze swoich dwóch płyt. Przede wszystkim cieszy fakt, że Zamilskiej palma nie odbiła. W końcu w ostatnim czasie z kompletnego undergroundu jej muzyka trafiła chociażby na pokazy mody Diora. Jest popularna, lecz jednocześnie widać, że nie odcina kuponów i na swoim koncercie dała z siebie wszystko. Podobnie było w przypadku Paula Kalkbrennera. Niemiecki magik techno w pełni ukontentował głodnych imprezy swoim niemal dwugodzinnym setem. Choć ludzie nie do końca wiedzieli, z kim mają do czynienia, nie było to ważne. Wystarczyło tylko tańczyć, reszta nie miała znaczenia.

Po dziwnym spadku z dnia drugiego, przedostatni dzień gdyńskiej imprezy przyniósł masę niespodzianek i przyjemności. Wciąż pozostaje dla mnie zagadką to, co dziać się będzie w sobotę, ponieważ line-up nie zapowiada się zbyt dobrze. Czy At The Drive-In podołają? Czy Grimes skonsternuje publiczność Tent Stage? Czy da radę przeżyć koncert Bastille? To wszystko i jeszcze więcej już jutro w relacji z ostatniego dnia piętnastego festiwalu Open’er (powered by Orange).

Kuba Serafin