Relacjeprzemek

Open’er Festival 2015 – dzień 3, fotorelacja

Relacjeprzemek

Open’er Festival 2015 – dzień 3, fotorelacja

Za mało w całości.


Trzeci dzień Open’era to smutne zderzenie z rzeczywistością, ponieważ okazało się, że nie wystarczy sama marka, trzeba się jeszcze umiejętnie obronić. Niestety, wielu artystów tego dnia było za bardzo świadomych swojego hype’u, na którym konsekwentnie jadą, nie dając za wiele w zamian. Ja niestety nie uważam, że kluczem do sukcesu jest kilka hitów, by chwycić słuchacza świadomego, ale frekwencja zbiła mnie z tropu, bo wystarczyło spojrzeć na ilość ludzi stojących pod główną sceną, by pokazać, że to był dzień, gdzie komercyjność zbiła z tropu artyzm, gdzie perełki pochowały się na mniejszych scenach, a wielkie nazwy nie błyszczały tak, jak powinny.

The Prodigy mieli jedno proste zadanie: zrobić rave życia. Zadanie nie zostało wykonane tak, jak powinno, choć frekwencyjnie przebili nawet Major Lazer. Myślę, że grupa dobrze rozumie, że Ameryki po raz drugi nie odkryje swoim brzmieniem i wpasowujący się w obecne trendy album “The Day is My Enemy” miał pokazać, że trzymają rękę na pulsie, ale nie wszystko udało się tak, jak myślałem. Nowy materiał momentami grał bardzo dobrze, ale czasami brakowało jakiejkolwiek werwy. Wciąż nie przekonałem się do połowy kawałków zagranych na koncercie, ale miły sentyment w postaci “Firestarter” czy “Smack My Bitch Up” sprawił, że jednak nie mogę być dla nich tak surowy. Starają się i to widać (jesteśmy polish fuckin’ fighters), po prostu to już nie są te lata, gdzie taka muzyka robiła furorę. Grupa ma status legendarnej i nie chcę widzieć, jak stopniowo się rozpływa. Kwestii technicznej natomiast nie wolno ominąć – umówmy się, nie po to festiwal ma taki wielki soundsystem, żeby z niego sprawnie nie korzystać. Jeśli mamy kapelę, której celem jest łamiący żebra bas, to ów bas jest w tych kawałkach bardzo potrzebny. A tak dostaliśmy przesterowaną górę i brak kopnięcia.

Maria Grudowska: Przyznam, że na ten koncert szłam z musu, nie z przyjemności. Kolejne kawy, byle dotrwać, byle 3 piosenki, byle zdjęcia. Przysypianie w fosie i nagle bum! I nagle trach! Pierwsze dźwięki “Breathe” i drę się tak samo głośno jak reszta publiczności! Kupili mnie bez reszty na samym początku, ale uwaga! Tylko starymi hitami. Nie można jednak powiedzieć, że jakakolwiek minuta tego show, była słabsza. Panowie robią show wg szkoły Hitchcocka: na początek trzęsienie ziemi, a potem emocje rosną. Jak to powiedział kolega po fachu: chciałabym tak zdziadzieć!

Kuba Serafin: Główna scena poza jednym wyjątkiem była ciągiem niepowodzeń i żałuję, że nie miało to lepszego wydźwięku. The Vaccines mieli niegdyś potencjał jako brytyjska rewolucja i te chwytliwe, proste pioseneczki może się sprawdzają, ale na Open’erze kompletnie to nie zagryzło. Potupałem do “Teenage Icon”, pośpiewałem parę starych refrenów, ale na tym się skończyło.

Maria Grudowska: Kiedyś ich lubiłam. Naprawdę. Pierwsza płyta, brudne granie, niedociągnięcia wokalne… miało to swój debiutancki urok. Ale hej, nawet w szkole nas uczyli, że trzeba się rozwijać, więc jeśli drugi album wypełniają refreny “la la la la yeah yeah yeah”, to czuję się trochę oszukana…

Kuba Serafin: Of Monsters and Men jest dla mnie wielkim nieporozumieniem, choć rozumiem decyzję, żeby zagrali na Mainie z racji tego, jakie reakcje wzbudzili w publiczności. Grają skocznie, grają radośnie. Grają też przy okazji pusto, ale nie zmienia to faktu, że byli pierwszą grupą, na którą tak silnie reagowali widzowie. Za to Mumford and Sons w pewnym, malutkim stopniu się zrehabilitowali. Choć nie znoszę ich grania i bez większych emocji przyjąłem ich woltę w stronę rocka, lepiej mi było słuchać ich w stadionowym wydaniu. Na banjo w ich wykonaniu jednak wciąż mam uczulenie i nie jestem w stanie zrozumieć ich fenomenu. Oni sami mają problem tożsamościowy, bo stoją ciągle na rozkroku między kolorowym, radosnym folkiem a głośną szarpaniną i szybko muszą się zorientować, którą stronę wolą wybrać.

Natomiast zdecydowanie najlepszym koncertem dnia trzeciego był D’Angelo ze swoją świtą The Vanguard. Michael Archer i spółka przez godzinę przywieźli do Gdyni Brownowskie krzyki, dęciaki, chórki, solówki – właściwie wszystko, czego mogliśmy się spodziewać od mistrza r’n'b. “Black Messiah” w wersji live jest dokładnie tym, czego chciałem i niesamowicie się cieszę, że udało mi się w końcu zobaczyć to widowisko na żywo. Na “Brown Sugar” zaś zwariowałem. Szkoda, że weszli pół godziny później, ale gwiazdom się wybacza.

Maria Grudowska: nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Ja wiem, że r’n'b ma swoją stylówę i sporo rzeczy może tam dziwić/zaskakiwać/zastanawiać (niepotrzebne skreślić), ale kiedy stojąc na koncercie główny element, na jaki zwracasz uwagę to stylówa członków zespołu, zamiast muzyka jaką grają, to coś jest nie tak. I tak, co mogę powiedzieć o koncercie D’Angelo? Że była chustka na głowie, płaszcz z pasów materiału, gitara z brylantów, a pani w chórkach wyglądała jak Yzma. …Swoją drogą, jak ona utrzymywała na głowie tą fryzurę…?

Kuba Serafin: Tent i Alter zdecydowanie miały więcej do powiedzenia. Thurston Moore pokazał, że jest już człowiekiem, który nie musi nikomu nic udowadniać i prezentował nie tylko materiał z pierwszej płyty, ale także rzeczy zapowiadające nowy album, którego premiera będzie w następnym roku. Jose Gonzalez zebrał imponujący tłum pod namiotem (nie tylko dlatego, że był tam cień) i wprowadził wszystkich zgromadzonych w swój oniryczny świat, zagrał nawet “Teardrop” Massive Attack w miłym aranżu. Swans nie miało za mało widzów ze względu na swoją złą godzinę, przez co ucierpieli frekwencyjnie, ale Gira raczej się nie przejął, bo grali tak, jak im się chciało. Mieli nawet wygenerowane ponad dwie godziny po wcześniejszym fiasku na głównej scenie OFFa w 2012, tym razem skończyli szybciej. Wciąż nie rozumiem, jak to się dzieje, że zespół, który na płytach brzmi najwyżej poprawnie, w wersji na żywo wciąga wszystkich zgromadzonych w hipnotyczny trans, z którego ciężko jest się wyrwać.

Żałuję, że właściwie nie zobaczyłem krajowej reprezentacji tego dnia. Przyjemnie zaskoczyli The Feral Trees na scenie dworcowej, dobrze było też słuchać Rebel Babel Ensemble, ale grali za wcześnie, żeby zebrać więcej poza kilkoma wytrwalcami, którzy wytrzymywali w ponad trzydziestostopniowym upale. Niezmiernie żałuję niezobaczenia grupy Nervy, która wydała jedną z najlepszych płyt elektronicznych roku ubiegłego. Do tego słyszałem, że Iza Lach zagrała fenomenalnie dobry koncert, choć frekwencyjnie kiepski w porównaniu do najbardziej hype’owanego rapera ostatnich miesięcy - Taco Hemingwaya.

Maria Grudowska: ja za to dotarłam na koncert Julii Marcell. I byłam zachwycona! Na tyle, że aż zaświtała mi w głowie myśl, żeby pominąć D’Angelo, ale rozum nad sercem zwycieżył po raz kolejny. I szkoda. Julia w swoim nowym, rockowo-gitarowym wydaniu, bardziej przypominająca Roisin Murphy, jeszcze bardziej tajemnicza niż przy poprzedniej swojej płycie jest po prostu gen-ial-na! Warczące gitary, tajemnicze teksty, zachowanie godne światowej gwiazdy! Julię uwielbiam od samego początku jej twórczości, ale udowodniła, że można zachwycać się nią po raz kolejny i bardziej.

Kuba Serafin: Tyle z trzeciej odsłony tegorocznego Open’era. Co przyniesie ostatni dzień festiwalu – tego dowiemy się wkrótce. Jak na razie pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepiej niż wczoraj. Nie będzie to takie trudne.

Kuba Serafin, Maria Grudowska
foto: Maria Grudowska