Relacjeprzemek

Osiem rzeczy – pierwsze cztery

Relacjeprzemek

Osiem rzeczy – pierwsze cztery

Relacja z ósmej edycji Off Festiwalu.

Biorąc przykład z roześmianego (szokująca zmiana zdjęcia w książeczce festiwalowej) Artura Rojka, który przypomina, że na festiwalu można kogoś poznać, wrażenia koncertowe podzieliłam na osiem kawałków, według rozmaicie dobranych kategorii tematycznych.

Zanim jednak o muzyce, kilka refleksji odnośnie organizacji. Tegoroczny festiwal, chociaż odbywał się już po raz ósmy, sprawiał wrażenie dosyć chaotycznego, zwłaszcza w piątek. Najboleśniej odczuli to uczestnicy meldujący się tego dnia na polu namiotowym – stali w wielogodzinnych kolejkach. Jak co roku wiele narzekań sprowokowała strefa gastronomiczna. Jej częścią organizatorzy postanowili zasłonić scenę leśną, którą do tej pory można było obserwować swobodnie podczas obiadu. Można ją było za to swobodnie oglądać z daleka, ponieważ była wyższa, co stanowiło minus dla fotografów, ale plus dla osób niskich.

Podwyższenie scen to zdecydowanie dobry pomysł, dzięki temu człowiek nie musiał pchać się w dziki tłum, żeby coś zobaczyć. Podobnie pozytywna zmiana zaszła na scenie Trójki – namiot był nieco krótszy, ale za to szerszy, wykonawcy byli doskonale widoczni sprzed wejścia. Szkoda, że scena eksperymentalna nie poszła w ślady pozostałych.

Plusem jest też reakcja na internetową awanturę o wodę – możliwość wnoszenia półlitrowych butelek i strażacy polewający najbardziej rozgrzanych uczestników. Konfiskata zakrętek nie jest żadną zbrodnią, tak samo sprawa wygląda na przykład na hiszpańskiej Primaverze.

A teraz do rzeczy.

Rzecz pierwsza: aperitif

Czyli koncerty czwartkowe. W tym roku znów bilety wyprzedane, ale sala Centrum Kultury w jednej trzeciej pusta. Festiwalowicze namiętnie nie korzystają z karnetów czterodniowych w pełni.

Jako pierwsi wystąpili A Band of Buriers, czyli James P Honey, który ma już dosyć swojego głosu i w przerwie między recytowaniem swoich wierszy oraz zadawaniem zagadek protestował przed zbyt głośnym odsłuchem, z kompanią w tle. Przygrywano mu na smyczkach, głos dopełniały dwie panie z echem na mikrofonach. Utowry z “Filth”, łącznie z tytułowym, o tym, że nawet miłość jest zła, były pełne rozpaczy, żywe i poruszające.

Patrick Wolf poraził mnie za to zmianą nastroju - jeszcze kilka miesięcy temu był człowiekiem pełnym satysfakcji i radości. W Katowicach uderzyła najpierw zmiana koloru włosów (u tego piosenkarza to sposób wyrażania się dość znaczący), potem szokująca zmiana “Time of My Life”, słabej radosnej piosenki z płyty “Lupercalia” w utwór pełny gniewu i smutku (the worst fucking time of my life), znaczący dobór repertuaru (“Wind in the Wires” zapowiedziana jako szczytowy moment depresji, “Bitten” dla Amy Winehouse, “The Sun Is Often Out” dla poety-samobójcy…) i wreszcie załamanie podczas “House”. Patrick wyznał, że nie jest w stanie zaśpiewać tej piosenki. I dobrze, jest chyba najsłabsza w całej jego karierze, jednak kondycja wykonawcy była niepokojąca – nawet instrumenty buntowały się i nie stroiły. Godny podziwu jest sposób, w jaki Wolf wybrnął z tej sytuacji – przeniósł uwagę z siebie na publiczność. Pozwolił wybrać następną piosenkę widzom, a potem zachęcił ich do wspólnego śpiewania podczas “Magic Position” i na końcowe “Bloodbeat” zaprosił kilkoro fanów na scenę. Wprawdzie Patrick pisze zdecydowanie lepsze piosenki, gdy jest nieszczęśliwy, jednak życzę mu powrotu do lepszych czasów.

W klubie Hipnoza tego wieczoru Daniel Higgs zagrał na banjo. Był to długi, niesamowicie monotonny koncert, który tracił resztki uroku, kiedy milknęły melorecytacje. O wiele lepiej muzyk zaprezentował się w towarzystwie The Skull Defekts, nieprzypadkowo porównywanym w książeczce festiwalowej do Sonic Youth. Panowie hałasowali w psychodelicznym stylu, posługując się perkusją, plastikowymi pojemnikami (również w roli perkusyjnej) oraz basem i gitarą od Dope Body (nie pierwszy raz na Offie artyści wspomagali się w obliczu utraconego sprzętu). A Higgs śpiewał niczym James Hetfield.

Rzecz druga: opowieści

W sobotę Jens Lekman opowiedział offowiczom o swojej fascynacji Kirsten Dunst (opisanej w “Waiting for Kirsten”). Śpiewał smutne piosenki o miłości, dedykując je wszystkim o złamanych sercach. O swojej ostatniej płycie, “I Know What Love Isn’t” powiedział: nagrałem ją po rozstaniu, kiedy potrzebowałem takiej muzyki i nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Trochę to dziwne w obliczu ton piosenek rozstaniowych (zawód miłosny to przecież jeden z naczelnych tematów tekstów w muzyce popularnej).

W niedzielę lider Bohren und der Club of Gore, Christoph Clöser, opowiedział historię o małym wilku, który mieszka na północy Francji, w nocy poluje, a w dzień śpi pod samochodem jakiegoś niemieckiego turysty. Czy ich “piosenki” są właśnie o takich stworzeniach, czy raczej o smutnych bywalcach zadymionych barów, jest kwestią indywidualnej interpretacji. Biały namiot trochę psuł klimat muzyki niemieckiego kwartetu, budowany przez mroczny jazz i punktowe światła, ale przecież zawsze można zamknąć oczy. I wtedy Bohren sprawdza się równie dobrze jak w wilgotnych lochach.

Porywającej konferansjerki nie zaserwował Arthur Ashin ze swym projektem Autre Ne Veut, jednak wyjątkowo dobrze były nagłośnione historie o niepokoju, lęku i śmierci zawarte w materiale z płyty “Anxiety”. Usłyszeliśmy na początek “Play by Play”, na koniec “Counting” o umierającej babci (szkoda, że wokalisty nie odwiedził Mykki Blanco, przewijający się w festiwalowym tłumie chyba już od piątku), a w środku “Gonna Die” o lęku przed nieznanym. Jedna z piosenek zawierała intro z “How Will I Know” Whitney Houston (w wersji nieco zmodyfikowanej – there’s a girl I know, she’s the one I dream of). Głos Ashina, nieco bardziej chropowaty niż na płycie (wokalista ma problemy z powodu palenia papierosów…), prezentował się świetnie. Niestety muzycznie jego występ pozostawia jeszcze sporo do życzenia – do towarzystwa miał tylko perkusję i laptop – przydałoby się więcej żywych brzmień. Ashinowi towarzyszyła także wokalistka, i chociaż sam kobiecy głos ładnie dopełniał jego śpiew, ta akurat pani radziła sobie ze swoimi wokalnymi zadaniami różnie, czasem bardzo nieudolnie.

Rzecz trzecia: cuda i dziwy

Nie od dziś wiadomo, że najciekawsze koncerty oferuje zgodnie z nazwą scena eksperymentalna. Najciekawsze w tym sensie, że pojawiają się na niej szaleńcy prezentujący zupełnie dziwne rzeczy.

Na początek w piątek można było zobaczyć tam Buke and Gase, czyli duet używający własnoręcznie zmodyfikowanych instrumentów. Dźwięki, jakie wydają takie ustrojstwa jak barytonowe ukulele czy “gitarobas” są intensywnie rockowe, a przy tym mocno niebanalne. Całość przypomina odrobinę Battles i podlana jest damskim wokalem o specyficznej barwie, z początku irytującej, ale doskonale dopasowanej do całości.

Niesamowicie intrygujący byli Guardian Alien. O rany, co się dzieje? Podoba mi się to? Nie podoba mi się? O co chodzi? Tysiąc pytań przeleciało przez mą głowę i w ten sposób nie poszłam posłuchać swego ulubionego “She Is Beyond Good and Evil”. Ale warto było. Perkusista szalał, elektronika wspomagała, gitary dodawały smaku, a w tym wszystkim najbardziej magnetyzująca była drąca się kobieta. Drąca się dyskretnie, choć brzmi to dosyć bezsensownie – jej zmodyfikowane krzyki były zgrabnie wplecione w instrumentalny hałas. Ponieważ poprzednie kawałki zagraliśmy tak szybko, teraz zagramy inaczej – powiedział Greg Fox i oczywiście nie chodziło o to, że wolniej, wręcz przeciwnie.

Równie transogenny, choć nieco mniej hipnotyzujący był sobotni koncert KTL. Panowie poszli w mocne drony, które na początku brzmiały monotonnie. Jednak po wchłonięciu tego bazowego hałasu można było doszperać się uchem do subtelnych wstawek gitarowych i tym podobnych smaczków. Szkoda tylko, że koncert odbył się za dnia, co odjęło mu mroku.

The Walkmen jako kuratorzy sceny eksperymentalnej poradzili sobie jeszcze gorzej niż jako gwiazda (opinii nie rozszerzę, bo nie mam podstaw, tak szybko mnie znudzili). Ostatni dzień Offa uratował zastępca Cassa McCombsa. I tu przechodzimy do kolejnej rzeczy.

Rzecz czwarta: kontrwybory

Czasami bywa tak, że nie warto oglądać headlinerów albo warto, ale można sobie pozwolić na luksus ominięcia ich tym razem, bo się już raz czy nawet dwa widziało. A tegoroczny program Offa naszpikowany był kuszącymi opcjami alternatywnymi. Wybrałam więc parę koncertów, które teoretycznie powinny przegrać…

- Eric Copleand zamiast Goat

Moja reakcja na wieść o występie wokalisty Black Dice była typowa: Och jak cudownie! O nie, w tym samy czasie co Goat. Szamanów widziałam wprawdzie na Primaverze, ale tylko chwileczkę. Dylemat trwał jednak krótko – Black Dice to jeden z tych zespołów, które na zawsze zmieniły moje życie, bezlitośnie krzywiąc gust muzyczny w stronę hałaśliwych perwersji.

Niewielu znalazło się takich zboczeńców, a część z tej garstki, która błąkała się po drewnianej podłodze namiotu eksperymentalnego po trzech minutach w pierwszym rzędzie wychodziła, by już nie powrócić. Jedną z przyczyn tej niskiej frekwencji (znam jeden taki przypadek) mógł być brak nazwiska Copelanda w festiwalowej książeczce, gdzie wciąż figuruje McCombs, o odwołanym występie nie było tak głośno, jak o Solange.

Muzyk, wyposażony w mały stolik ze sprzętem elektronicznym, zaczął spokojnie. Tak podejrzanie spokojnie, że już miałam zamiar porzucić go na rzecz Goat – ale zabawa zaczęła się, gdy Copeland ujął w dłoń mikrofon. Łagodną elektronikę zastąpiły szalone bity, lawirujące hałasy i dziwaczne wokale: zmodyfikowane, zniekształcone, niezrozumiałe, maniackie. Tańczenie do tej muzyki było sporym wyzwaniem przynoszącym wiele satysfakcji. Jeden połamany rytm zastępował drugi, zupełnie do niego nie pasujący, a jednak w przedziwny sposób składający się z nim w przepyszną całość. Były momenty wolniejsze, był kawałek przypominający o przyjaźni Erica z Davidem Portnerem. Całość była zupełnie wariacka. Copeland to król offowych eksperymentatorów, a twórczość dopełniał jego image – włosy w nieładzie wystające spod czapki, której daszek tylko czasami odsłaniał twarz wyrażającą skupienie, rozedrgane ruchy, szybka ucieczka po skończonym secie. Następnym razem poproszę całe Black Dice!

- Fire! zamiast Deerhuntera

Zespół Bradforda Coxa (tu pozdrowienia dla autora tekstów z książeczki festiwalowej – określeniu “ambient punk” przyznaję nagrodę za najgłupsze zestawienie dwóch słów) jest genialny na żywo, ale nie aż tak, żeby oglądać go trzy razy w roku, kiedy w tym samym czasie jest szansa zobaczyć zespół, który zawiera w sobie Matsa Gustafssona.

Trzej panowie z Fire! grali, nie wiedzieć czemu (eksperymentalizm wg The Walkmen) na scenie Trójki. To, co się tam działo z gitarą basową było doprawdy nieziemskie. Johan Berthling wydusił z tego instrumentu brzmienia niesamowicie transowe, które zostały podbudowane opętańczą grą na perkusji Andreasa Werliina. Do tego przeszywające krzyki saksofonu i mamy koncert przenoszący prosto w wizje. Może to były zaczątki snu ze zmęczenia, może halucynacje z niedożywienia, ale bez tej muzyki rzeczy, jakie widziałam po zamknięciu oczu z pewnością nie byłyby aż tak psychodeliczne. W porównaniu z płytą “Exit!” brzmienie było surowsze (bo pozbawione kilku elementów), mroczniejsze, ale równie porywające. Na koniec panowie zagrali coś nieco skoczniejszego, co już nie przypadło mi tak bardzo do gustu, a potem pokusili się nawet o bis.

- John Grant zamiast Japandroids

Wbrew zdjęciu w książeczce (z okładki tegorocznego albumu “Pale Green Ghosts”) Grant zamiast statecznej elegancji zaprezentował się jako disco diva – w jaskrawoniebieskiej koszulce, czapce z daszkiem i okularach. Zaczął, stosownie do tej stylówy, od bitów mocno tanecznych, ale szybko przeszedł w rejony singer-songwriterskie. Urzekający był “GMF” czyli greatest motherfucker that you’ll ever gonna meet z tekstami w rodzaju You think I hate myself, but it’s you I hate i tajemniczą opcją śmiania się o 65% czasu więcej. Treści melodyjnych ballad tego wokalisty okazały się jednymi z najbłyskotliwszych na całym festiwalu. Początek “Where Dreams Go to Die”, które odśpiewał przy fortepianie brzmiał niczym piosenka z serii o Jamesie Bondzie, a wieńczące całość “Queen of Denmark”, które rozpoczyna się gorzką konstatacją I wanted to change the world / But I could not even change my underwear to prawdziwa wisienka na torcie i najlepsza smutna piosenka o miłości na tegorocznym Offie.

- Mykki Blanco zamiast My Bloody Valentine

Kiedy jest się legendą, trudno zaspokoić fanów. Nowy album ojców shoegaze’u rażąco odstaje od ich poprzednich dokonań, dlatego już podczas Primavera Sound odpuściłam połowę ich występu na rzecz Nurse With Wound.

Mykki Blanco okazała się strzałem w dziesiątkę. Najpierw tłum rozgrzał jego kolega Psycho Egyptian, potem miał miejsce niesamowity performance w wykonaniu Boychild. Internetowe opisy działalności tej postaci zdają się celowo unikać konstrukcji gramatycznych wymagających określenia płci, i trudno się temu dziwić. To co robi stanowi wyzwanie dla podziałów, prowokuje do przemyślenia kwestii płci i rasy. I próby rozwiązania zagadki, jak udało się sprawić, żeby wnętrze jamy ustnej tego człowieka świeciło…

Sam Michael David Quattlebaum również bawi się kwestiami genderowymi. Jego damskie wcielenie jest zachwycające – od ślicznej peruki do imponująco zgrabnych nóg. Rap jest wirtuozerski, podkłady w wykonaniu Dja Larry’ego B pełne mocnych bitów i połyskliwych elektronicznych brzmień. Mykki wykonała magnetyzujące kompozycje między innymi z “Betty Ruble: The Initiation” i szalała wśród publiczności, rzucając się w ramiona z pierwszych rzędów. A potem ta szalona ekipa pojechała do Warszawy i wdrapała się na tęczę.

Katarzyna Borowiec

fot. Gosia Lewandowska