Podsumowaniaprzemek

Ostatki 2011, część 1

Podsumowaniaprzemek

Ostatki 2011, część 1

Definitywnie zamykamy ubiegły rok, publikując krótkie recenzje pominiętych albumów.

Aquasky – “Raise The Devil”
Książę Skrillex robi wszystkim dobrze guzikiem play i generatorem wobbli, a Aquasky wydaje fajny breakbeatowy album. Grają od 16 lat, więc nauczyli się tego i owego. Album pełen kolaboracji z artystami różnej maści sprawia, że płyta jest bardzo różnorodna. Duby, drumy wysokiej jakości. Warto ogarnąć.
Kuba Serafin

Blank Faces – “Freefall”
Wrocławscy post-metalowcy zostali niedawno okrzyknięci odkryciem mijającego roku według magazynu Metal Hammer. Może aż tak daleko bym się nie zapędzał, co nie zmienia faktu, że “Freefall” to bardzo porządne wydawnictwo. Sludge’owo-post-metalowe zagrywki spod znaku Isis czy Red Sparowes wzbogacone partiami elektroniczno-klawiszowymi spełniają swoją rolę. Standardowe  taktyki muzyki instrumentalnej też tu się znalazły, mamy momenty spokojne, mamy  fragmenty wyrywające z letargu w odpowiednich proporcjach. Faworyt? “The End of the Beginning Marks the Beginning of the End”. Oby tak dalej.
Kuba Serafin

Clams Casino –  ”Instrumentals”
Mike Volpe to kolejny młody muzyk opierający swoją twórczość na materiałach znalezionych w Internecie. Kawałki wysyłał hiphopowcom takim jak Lil B czy Soulja Boy. Kolaboracje powstawały bez kontaktów bezpośrednich. W końcu początkujący producent postanowił wydać album zawierający jego kompozycje ogołocone z rapu. Był to krok słuszny – na “Instrumentals” wprawdzie słychać miejsce dla warstwy wokalnej, ale jej brak wcale nie umniejsza wartości tych utworów. To dobry instrumentalny hip-hop, w którym w nośne bity wplecione są eteryczne strzępki wokali (albo mniej eteryczne, jak w “Brainwash by London”), śpiewy ptaków i Björk.
Katarzyna Borowiec

Colin Stetson – “New History Warfare Vol. 2: Judges”
To, co Stetson robi z saksofonem, jest zupełnie niesamowite. Muzyk zmusza instrument do produkowania całej gamy poruszających dźwięków, wysokich, niskich, przeszywających, ponurych i pełnych żalu. Część druga jego nowej historii jest płytą mroczną i hipnotyzującą. Wszystkie utwory zostały nagrane na żywo w pojedynczych podejściach, bez dogrywania dodatkowych ścieżek, bez zapętleń. Umożliwiło to dwadzieścia mikrofonów ulokowanych w różnej odległości od grającego. Słuchając efektów aż trudno w to uwierzyć. Zniewalającą grę Colina uzupełniają recytacje Laurie  Anderson i Shara Worden (My Brightest Diamond) śpiewająca spiritual z repertuaru Blind Willie Johnsona. To zdecydowanie jedna z najwspanialszych płyt zeszłego roku, kipiąca od emocji i budząca podziw nad umiejętnościami wykonawcy.
Katarzyna Borowiec

CunninLynguists – “Oneirology”
Świetny piąty album hiphopowego tria z Kentucky opatrzony jedną z najpiękniejszych okładek w minionym roku (autorstwa Lois van Baarle). Już w prologu do tej opowieści o snach i śnieniu, marzeniach i polityce, niepozbawionej momentów raperskiego lansu (“Hard As They Come”), które tutaj łatwo wybaczyć, przekonujemy się o kunszcie, jaki przejawia się w prezentowanych tu grach słowem. Treści współczesne, jak tagowanie na zdjęciach, przeplatają się z uniwersalnymi, jak nawiązanie do “Alicji w Krainie Czarów” w “Darkness (Dream On)”. Prywatne przeplata się z politycznym, amerykański kontekst nie czyni tekstów niezrozumiałymi i nawet typową raperską mizoginię można darować, tak ładnie jest podana (She sits in bed with her halo crooked/She says she’s never been in love before). Poza warstwą słowną są tu zresztą wspaniałe podkłady autorstwa Kno, zawierające sample m.in. Marianne Faithfull.
Katarzyna Borowiec

Cyclo – “Id”
Carsten Nicolai i Ryoji Ikeda już po raz drugi nagrali album oparty na eksperymentach dotyczących wizualizacji dźwięków. Jest to muzyka tworzona poprzez obraz. Glitchowe brzmienia na tej płycie są nadal momentami bolesne, ale równocześnie zaskakująco rytmiczne. Niewątpliwie nie jest to twórczość łatwa w odbiorze, ale podobnie niezaprzeczalnie intrygująca. Składa się z zachwycająco precyzyjnie połączonych hałaśliwych dźwięków – szumów, buczeń, elektronicznych piknięć, pisków i trzasków. Pozorny chaos będący w rzeczywistości pod niesamowicie ścisłą kontrolą.
Katarzyna Borowiec

Dom – “Family Of Love”
Moda na styl retro w tym roku nabrała niesamowitego tempa. Duża w tym zasługa również Domu. Druga EP-ka tego tajemniczego zespołu wygodnie umiejscowiła się gdzieś pomiędzy cukierkowym popem lat 80., a rockową przestrzenią, która bardzo chętnie wchodzi w korelację z elektroniką. Spora dawka przebojowości i zaraźliwych refrenów. W sam raz na gorsze dni.
Tomek Milewski

Duchess Says – “In a Fang Day T!”
Najprościej napisać, że Duchess Says to montrealskie Fucked Up. Na koncertach podobnie przełamują granicę między zespołem a publicznością, rozpiera ich niesamowita energia, a wokalistka woli spędzać koncerty pod sceną niż na niej. Annie-Claude lubi sobie pokrzyczeć, podobnie jak Damian Abraham. Tylko muzykę grają trochę inną. Ich punk jest bardziej dance niż hardcore. Wszystko jest oparte na brzmieniach analogowych syntezatorów Mooga, które nadają muzyce Kanadyjczyków wyrazistości. Na swojej drugiej płycie Duchess Says nie odeszli daleko od debiutu, ale piosenki mają zdecydowanie lepsze.
Michał Wieczorek

Felix Kubin – Bruder Luzifer (1982-2010)
Dla słuchaczy, którzy nie wiedzą, jaką pozycję z dyskografii Felixa Kubina wybrać na początek, “Bruder Luzifer” to chyba najbardziej optymalny wybór. Kolekcja zawiera 23 kompozycje, stworzone przez legendarnego przedstawiciela niemieckiej sceny elektronicznej w ciągu trzydziestu lat dotychczasowej muzycznej działalności. Kubin urodził się w 1969 roku, więc np. w utworze “Krematorien” słychać jego nastoletnie wcielenie. W zbiorze znajdują się także największe hity (“Lightning Strikes”, “Hit Me, Provider”,  “Hotel Super Nova” czy cover “Hello” z repertuaru Lionela Richiego). Skoro kompozytor ma mnóstwo pomysłów, to trudno by taki zestaw był spójny, dlatego też warto sięgnąć – w przypadku zainteresowania poszczególnymi utworami – po albumy źródłowe.
Łukasz Stasiełowicz

French Films – “Imaginary Future”
Mogę zaryzykować stwierdzenie, że znani tylko tym, którzy pofatygowali się na (świetny swoją drogą) łódzki NordlandArt Festiwal. Zaprezentowali tam materiał z wydanej zaledwie kilka dni wcześniej płyty i roznieśli łódzki klub. Dosłownie. Udowodnili też, że muzyka z dalekiej Północy, to nie tylko wydziwiacze jak Bjork czy czarne kruki (The Rasmus) i piosenki o umieraniu (HIM). W Finlandii też słuchają The Drums, śpiewają na 3 głosy o słońcu, szczęściu i muzyce. I to jak!

Maria Grudowska

Gang Gang Dance – “Eye Contact”
Płyta nowojorskich muzyków pojawiła się w wielu zestawieniach najlepszych albumów 2011 roku. Początek wydawnictwa jest zaiste imponujący – “Glass Jar”, uwertura zbierająca motywy wszystkich utworów, to przepiękny jedenastominutowy kawałek, lśniący wachlarz pełen wspaniałych dźwięków. Później jest niestety mniej ciekawie, choć radosny eklektyzm zespołu jest wciąż jego niewątpliwą zaletą i wyróżnikiem na tle innych grup. Słychać tu, podobnie jak na poprzednich albumach, afrykańskie rytmy, orientalne brzmienia, jest dużo zabawy kiczem, nie tylko dlatego, że bardzo charakterystyczny wokal Lizzi Bougatsos przypomina jednocześnie Sandrę i śpiewy rodem z Bollywood.
Katarzyna Borowiec

Handsome Furs – “Sound Kapital”
Przed wydaniem trzeciej płyty kanadyjskie małżeństwo zarzekało się, że na “Sound Kapital” nie będzie gitar, a sam album został zainspirowany wschodnioeuropejską muzyką elektroniczną sprzed trzydziestu lat. Rzeczywiście “Sound Kapital” jest zdominowany przez brzmienia analogowych syntezatorów i ma zdecydowanie bardziej taneczną zawartość niż poprzednie albumy duetu, ale z zupełnym brakiem gitar trochę przesadzili. Po raz trzeci zabierają w podróż po zapomnianych wioskach, zakazanych dzielnicach metropolii trzeciego świata, postkomunistycznych, szarych miastach, zadymionych klubach, w których tętni życie. A ja po raz trzeci daję się im tam zabrać.
Michał Wieczorek

Joao – “Rocks”
Zdecydowanie więcej wspólnego ta płyta ma z bujaniem, niż z rockiem. Joao de Sousa przybył do Polski, pracował przy płytach Mikromusic czy Smolika, aż w końcu zebrał się na odwagę i sam nagrał płytę. “Rocks” to spokojne, delikatne kompozycje, raczej niezbyt absorbujące. Całość balansuje między subtelnym rockiem a spokojnym popem. Muzyczna mozaika tworzy luźne skojarzenia z muzyką lat 80. i 90. i barwą głosu Rufusa Wainwrighta. Jak mówi Joao: “Często ludzie nie są na tyle silni, by zaakceptować swoją słabość. Jednak w mojej muzyce to właśnie ta słabość może stać się siłą.” Zastanawiam się tylko, ile można słuchać o cudzych słabościach? Pozycja tylko dla wybranych.
Maria Grudowska

Kaseciarz – “Surfin’ Małopolska”
Surfowanie w Małopolsce może co najwyżej odbywać się po sieci, ale i tak nie przeszkadza to nikomu, bo Maciek Nowacki fajną płytę zrobił. Amerykański surf-rock po polsku idealnie sprawdza się na koszmarną pogodę za oknem, wprawiając nas w stan rozmarzenia na temat ciepłych plaż Kalifornii i drinków z palemkami. Choć moim faworytem i tak są utwory w stylu “Black Sedan” – brudne, post-punkowo-garażowe napieprzanie na gitarach, to “Surfin’ Małopolska” nadaje przyjemny klimacik, do którego chce się wracać.
Kuba Serafin

Ken Vandermark – “Strade d’Acqua”

Jeden z najlepszych free jazzowych muzyków świata stworzył fascynującą ścieżkę dźwiękową do obrazu Augusto Contento pt. “Strade d’Acqua”, którego głównym tematem jest brazylijska Amazonia. Iberoamerykańska wrażliwość miesza się tutaj z rytmiką przywodzącą na myśl muzykę etniczną, a nad wszystkim unosi się typowy dla Vandermarka free jazzowy duch.

Krzysztof Kowalczyk

Ken Vandermark & Tim Daisy – “The Conversation”

Dialog między dwoma mistrzami free-jazzu, stworzony za pomocą perkusji (Tim Daisy) oraz klarnetu i saksofonu (Ken Vandermark). Album bardzo przyjemny w odbiorze, w którym wyczuwa się luz i chemię między muzykami.

Krzysztof Kowalczyk

Manchester Orchestra – “Simple Math”
Alt-rockowy mainstream w USA różni się od tego europejskiego, co słyszymy nawet w brzmieniu zespołów takich, jak Manchester Orchestra. Z jednej strony nisko nastrojone gitary i punkowa stylówa, z drugiej próby zabawiania się w polifonie wokalne wzbogacane partiami smyczkowymi. Ciekawy miks ze swoimi lepszymi i gorszymi momentami. Prosta matematyka – gdzie więcej plusów, a mniej minusów, to wynik wychodzi na plus. A “Virgin” to największy plus tej płyty.
Kuba Serafin

Maybeshewill – “I Was Here For A Moment, Then I Was Gone”
Rock instrumentalny ze sporym użyciem elektroniki w tle w przypadku tej kapeli był zawsze czymś innowacyjnym. Breakbeatowe łamigłówki z pierwszych EP-ek, mnóstwo sampli filmowych, skrzypiec i innych poszerzaczy przestrzeni sprowadziły na najnowszy album Anglików kumulację tych dodatków. Muzycznie Maybeshewill zaczęło trochę się uspokajać, upadło trochę zacięcie, przestery zostały wykręcone. Ale nie oznacza to, że płyta jest słaba, wręcz przeciwnie. Nadmiar dodatków pięknie połączył się z nowym wcieleniem grupy pokazując, że można stworzyć dzieła monumentalne bez specjalnego wysiłku. Wystarczy kilka dźwięków “Red Paper Lanterns”, a się rozpływam. Brawo!
Kuba Serafin

Miles Kane – “Colour of the Trap”
Jest w moim wieku, a przeszłość muzyczną ma nadzwyczaj długą i usianą sukcesami. Aktualnie rozpoczął karierę solową, która opiera się na “Colour of the Trap”, a w “wolnych chwilach” występuje w zespole The Last Shadow Puppets razem z Alexem Turnerem. W nagrywaniu materiału pomagali mu Noel Gallagher, Alex Turner oraz znani producenci: Dan Carey oraz Dan The Automator (m.in. Kasabian, Hot Chip, M.I.A ). To nie mogło się nie udać. I na pierwszy rzut ucha nuci się to bardzo długo i bardzo przyjemnie, jednak po dłuższym zastanowieniu muszę stwierdzić, że chyba wszyscy Brytyjczycy śpiewają tak samo.

Maria Grudowska

Modeselektor – “Monkeytown”

Giganci ambitnej elektroniki po raz kolejny potwierdzają swoją klasę. Goszczenie na swoim albumie Thoma Yorka i Anti Pop Consortium to jedno, ale uszlachetnianie techno czy electro ciekawymi pomysłami, to coś, co Modeselektor robi na tej płycie znakomicie. “Monkeytown” to klasa sama w sobie.

Krzysztof Kowalczyk