Podsumowaniaprzemek

Ostatki 2013, część 2

Podsumowaniaprzemek

Ostatki 2013, część 2

Rychło w czas.

Przed Wami druga i ostatnia część nadrabiania płytowych zaległości z poprzedniego roku. Niby siedzimy już w tym 2014, ale 2013 ciągle pobrzmiewa w naszych głośnikach. Musieliśmy docenić kilka płyt z ubiegłego roku. Miłego czytania minirecenzji. Mamy nadzieję, że sięgnięcie po niektóre z tych wydawnictw, bo naprawdę warto.

Alkopoligamia – “Klaser vol. 1″
Na “Klaserze” mamy 7 kawałków, na których słyszymy “świeżynki” z  Alkopoligamii – Kubę Knapa, LJ Karwela i duet ZETENWUPE. Utwory te potwierdzają, że nowi zawodnicy naprawdę mają coś do powiedzenia i w dodatku robią to stylowo. Knap ze swoim ospałym flow wymiata w “Łajz Lajf”, Karwel zabija poczuciem humoru w “Grubej miłości”, natomiast M.A.D.A. i Hade pokazują, że nie są takimi “świeżynkami”. Album prezentuje się nadzwyczaj ciekawie i rozbudza nasze zainteresowanie. Pozostaje nam czekać na solowe dokonania raperów.
Ewelina Malinowska

Bibio – “Silver Wilkinson”
Kolejna płyta Bibio nie jest już tak dobra jak jego poprzednie wydawnictwa. Wkradła się tu rutyna, nuda i przewidywalność. Stephen Wilkinson ciągle nieźle lepi ze sobą organiczne dźwięki z tymi syntetycznymi, jednak jak na “żywy” chillwave przystało, jest tu zdecydowanie za mało melodii. Jedynie singlowe “A tout a l’heure”, “Raincoat” i intrygujące “Look at Orion” wybijają się ponad przeciętność, a szkoda, bo taka dawka lo-fi w połączeniu z brzmieniem Anglika powinna być “czymś więcej”. “Silver Wilkinson” to przeciętna płyta, ale sprawdzi się jako tło przy wiosennych porządkach.
Ewelina Malinowska

Burial – “Rival Dealer” EP
Tej EP-ki nie można było przegapić. 3 nowe utwory tajemniczego (dziś już mniej, bo ostatnio pokazał kim jest) Anglika pojawiły się z dnia na dzień i od razu wywołały poruszenie. Burial jest ciągle w formie i to jakiej! Blisko 30-minutowa EP-ka po prostu wciąga. Tytułowy utwór to istna mieszanka rave’owo-breakbeatowa, który dopiero po ponad 7 minutach zwalnia tempo, z kolei kawałek “Come Down To Us” jest jego melodyjnym zaprzeczeniem, a “Hiders” to znowuż zupełnie inna bajka. Zacny materiał.
Ewelina Malinowska

Chelsea Wolfe – “Pain Is Beauty”
Was born a blackened seed in the wild /and I never was a child / I was pulled right out of the sea / and the salt – it never left my body – śpiewa Chelsea na swoim czwartym albumie. Tym razem jest mniej metalowo, ale niemniej mrocznie; Wolfe ma niesamowitą umiejętność tworzenia ścieżek jednocześnie monumentalnych i dających wrażenie bliskości, kameralności… ciemność jest tuż i łasi się do twojego boku. Pogłos, eteryczny wokal i mgliste smyczki w gładkim miksie z mocną perkusją, hałaśliwą elektroniką i ciężkimi tematami. Na pierwszy plan wychodzą sercowe traumy, ale podkreślany przez autorkę motyw siły natury mocno doprawia ten krążek o niesamowitość i czyni go nieco oryginalniejszym od typowych depresyjnych tekstów. Rzeczywiście, kawał pięknego cierpienia.
Katarzyna Borowiec

Clipping – “Midcity”
Midcity is the part of town where the baddest fuckers around live – tak głosi Urban Dictionary i o tym intensywnie przekonuje David Deegs, starym raperskim zwyczajem wygłaszając peany na cześć własnej zajebistości. Są dzikie narkotykowe orgie, jest wieczna pogoń za kasą i brzydzenie się sławą, jest mizoginia pełną gębą, klasyka. Do tego fantastyczne glitchowe podkłady, piski wciskające się w uszy, szumy, odgłosy dawnych gier, huki, świsty i zabawy w Steve’a Reicha. Świetna mieszanka gatunków, choć i ta płyta należy do tych, które przegrywają z szalonym życiem, jakiego materiał dźwiękowy nabiera na scenie. It’s Clipping bitch!
Katarzyna Borowiec

Cults – “Static”
Debiutancki album Cults dawał dość sporą nadzieję, iż zespół ma przed sobą ciekawą przyszłość, a jego nazwa będzie z roku na rok pisana coraz większą czcionką na plakatach festiwalowych. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, a potencjał zgasł niczym uczucie między parą tworzącą grupę. W takim stanie emocjonalnym chyba lepszym rozwiązaniem byłoby kultywowanie zasady “co z oczu, to z serca”, a nie udanie się do studia nagraniowego i serwowanie potem słuchaczom opowieści rodem z kącika poharatanych serc. Muzycznie to ciągle ukłon w stronę dziewczęcych zespołów z lat 60., podrasowany inspiracjami shoegazem. W porównaniu do debiutu na “Static” jest zdecydowanie bardziej melancholijnie, ale, niestety, również we znaki daje się monotonia. Udane piosenki tym razem da się policzyć na jednym, maksymalnie dwóch palcach (“I Can Hardly Make You Mine”, “We’ve Got It”). Nie ma już miłości, nie ma fajnych pomysłów, a raczej tylko nudne pobojowisko.
Michał Stępniak

Darkside – “Psychic”
Pierwsza długogrająca płyta Darkside, zaczynająca się od szumów i trzasków, stawia wysoko poprzeczkę słuchaczowi. Albo zatopisz się w transowej, niemiłosiernie długiej kompozycji  (11′20”), albo zmień płytę, bo tak będzie aż do końca. Niewygodnie, irytująco, transowo i mocno elektronicznie. Nicolaas Jaar przemyca tu dużo ze swojej solowej twórczości, czasem tylko daje dojść do słowa gitarowemu zacięciu Dave’a Haringtona, który w przypadku utworów takich jak “Paper Trails” czy “Hearts”  stawia gitarową, przysłowiową kropkę nad i. “Psychic” jest płytą wymagającą skupienia i mocno absorbującą. Urzeka tylko wtedy, gdy oddasz jej całą swoją uwagę.
Katarzyna Wojtasik

Eric Shoves Them In His Pockets – “Walk It Off”
Warszawskie trio postanowiło nagrać płytę, by zmaterializować jakoś kilka lat swojej działalności i wyjść z materiałem poza progi mieszkań znajomych. Powstała zwyczajna, przyjemnie rockowa płyta. Bez przekraczania granic i odkrywania Ameryki, raczej dla cieszenia się indie-rockiem. Wokal Szymona Najdera sprawia, że całość brzmi… jakoś tak pogodnie – po obejrzeniu  występu dla Otwartej Sceny nie sposób sądzić inaczej, bo radość z grania wręcz bije od zespołu. Do podtrzymania tej aury niewątpliwie przyczyniają się m.in. lekkie “Storms” i “Barbarians”, ale ESTIHP potrafią tez zmącić tę atmosferę, na przykład za sprawą niepokojącego “Expensive Bullshit”. “Walk It Off” to nie jest płyta przełomowa, ale mimo, że zaginęła gdzieś w morzu świetnych krajowych wydawnictw ubiegłego roku, miejsce na półce z dobrymi rockowymi płytami znad Wisły bez wątpienia jej się należy.
Katarzyna Wojtasik

Fire! – “(Without Noticing)”
Druga, wydana po czterech latach (od “You Liked Me Five Minutes Ago”) płyta tria Gustafsson-Berthling-Werliin trochę brzmi na drugie ujęcie tego samego tematu – kwestie podjęte w 2009 są jednak teraz dopracowane do perfekcji. Od olśniewającej klamry z hałasu przez fantastycznie rozwrzeszczane dęciaki aż po gładko płynące partie basu na których z gracją tańczą pozostałe warstwy dźwięków – wszystko tu może stanowić źródło niesamowitych wizji. “Exit!” w wydaniu Fire! Orchestra też jest płytą godną uwagi, ale po co komu ten wokal, kiedy w trójkę panowie radzą sobie tak oszałamiająco. Dodatkowo siłę tego materiału udowodnili na dwóch koncertach podczas najlepszych polskich festiwali – hipnotyczna sekcja rytmiczna i magnetyzujące wrzaski saksofonu składają się na jeden z najlepszych albumów 2013 roku.
Katarzyna Borowiec

Forest Swords – “Engravings”
Matthew Barnes wreszcie oficjalnie zadebiutował – płyta ma trochę mniej leśnej magii niż “Dagger Paths”, ale gdzieniegdzie słychać charakterystyczne riffy gitarowe, gdzie indziej nowe, ciekawe dźwięki utrzymane w dawnym klimacie. Są też próby zejścia na inne ścieżki, które powiodły się różnie. Surowsze, lekko szurające kompozycje wychodzą bardzo elegancko, śpiewy Anneki zdają się jednak średnio pasować do tych grawerunków. Życzyłabym panu raczej współpracy podobniejszej do tej z How to Dress Well.
Katarzyna Borowiec

Gedz – “Serce bije w rytm”
Debiut Gedza mogłabym skwitować jednym zdaniem – jest to powiew świeżości w polskim rapie. W końcu ktoś pokazał, że newschool ma się bardzo dobrze na naszym podwórku. Raper umiejętnie dobrał bangerowe beaty, które nie przyprawiają o ból głowy (jak często zdarza się to przy bangerach). Gedz proponuje nam wycieczkę po lekkich tematycznie kawałkach, często gości tu bragga, jednak nie brakuje też konkretnych utworów np. “Hipnoterapia”, “Serce bije w rytm”. Żałuję, że na płycie nie znalazły się żadne jego beaty, bo Gedz to także utalentowany producent. Jako całość krążek naprawdę wysoko się wybija. Oby tak dalej.
Ewelina Malinowska

HAERTS – “Hemiplegia” EP
Grupę HAERTS mogliśmy poznać już w 2012 roku za sprawą utworu “Wings”. Tym jednym kawałkiem grupa zdołała zwrócić na siebie uwagę, a wszystko dzięki ciepłemu, elektro-popowemu brzmieniu, które przewija się także przez EP-kę. W ich muzyce jest trochę magii i trochę marzeń, trochę lata i trochę nostalgii. Czego chcieć więcej? Mam nadzieję, że na “Hemiplegii” się nie skończy i że zespół nie popadnie w rutynę.
Ewelina Malinowska

Hello Mark – “Close Your Eyes”
Pamiętam Hello Mark z czasów przedpłytowych, kiedy występowali na jednym z koncertów przed Snowmanem. Wyszłam z przekonaniem, że support niemal ukradł koncert gwieździe wieczoru. I ze zniecierpliwieniem, bo nie było wiadomo, kiedy ukaże się płyta, a zapowiadała się tak świetnie. Teraz, gdy wreszcie jest już “po” zastanawiam się, czy balon moich oczekiwań urósł po tym koncercie do nieprzyzwoitych rozmiarów, czy coś się stało z zespołem. “Close Your Eyes” jest wybrakowane, mdłe, monotematyczne. Ma momenty, smakowite klawiszowe zagrywki, ale odpycha dokładnie tyle samo razy. Wyjątkowo niekorzystna jest nieklasyfikowalność tego albumu – zbyt popowy na łatkę rock i alternatywę, zbyt rockowy, żeby zabrzmieć o 16-tej w mainstreamowym radiu. Ni pies, ni wydra. Niemniej jednak (pielęgnując  w pamięci pierwsze wrażenia ze spotkania z HM) bardzo chciałabym dostać dowód na to, że tym razem nie mam racji. Najlepiej w postaci drugiej płyty.
Katarzyna Wojtasik

Jensen Sportag – “Stealth of Days”
Debiutancki longplay duetu z Nashville zalicza się do tych “odczuwanych”, a nie tych “rozumianych”. Panowie nagrali w 2011 roku ciekawą EP-kę “Pure Wet”, która wkradła się do podświadomości słuchaczy. Tym razem nie jest inaczej. Grupa świetnie połączyła ze sobą melancholijną elektronikę z r&b, co zaowocowało bardzo delikatnym materiałem. Na płycie znajdziemy m.in. klimatyczne “After Gardens” lub lekko ejtisowe “Bellz”. Warto sprawdzić i się wyciszyć.
Ewelina Malinowska

Jon Hopkins – “Immunity”
W muzyce Hopkinsa zakochałam się w roku 2009, kiedy na festiwalu Nowa Muzyka z magnetyczną siłą przyciągnęła mnie pod scenę. Potem posłuchałam “Opalescent”… ani ta płyta, ani “Insides” nie oddawały tego, czego doświadczyłam na żywo. Dopiero “Immunity” od pierwszych sekund czaruje tą samą mocą. Londyńskiemu muzykowi wreszcie udało się schwytać na album tę magię, jaką potrafi wytworzyć w secie na żywo. W końcu jego fortepianowe korzenie nie silą się na zrobienie z niego następcy Briana Eno. Zamiast tego precyzyjnie konstruowane, zaczerpnięte spoza komputera bity wchodzą prosto do żył, a dźwięki smyczków, wokale i syntezatory przekształcone przez masę efektów przenoszą w inne krainy, najpierw przez intensywne uderzenie, potem przy pomocy ścieżek znacznie delikatniejszych. Zdecydowanie jeden z najlepszych albumów 2013.
Katarzyna Borowiec

Judy’s Funeral – “Four Track Extended Play” EP
Trójka z Gdyni postanowiła pokazać jak można grać w Polsce noise rocka. I  oto mamy, kilka naprawdę udanych kompozycji, które wpisują się stylistycznie w shoegaze. Na EP-ce słyszymy psychodeliczne melodie, które przesiąknięte są przesterami gitar i przytłumionymi wokalami. Te pięknie zaburzone dźwięki sprawiają, że ma się ochotę na więcej, na głośniej, na mocniej. Panowie stworzyli piosenki, do których chce się wracać. Niby nic, a jednak.
Ewelina Malinowska

Julia Holter – “Loud City Song”
Przy okazji recenzji poprzedniej płyty Julii Holter “Ekstasis” nadużywałem słowa “piękno” i w zasadzie mógłbym teraz ten zabieg powtórzyć. Na “Loud City Song” piękno ma jednak nieco inne oblicze. Oto artystka opuściła swoją sypialnię i nagrań dokonała w profesjonalnym studiu, z nieco bardziej rozbudowanym instrumentarium. Zainspirowana książką Colette “Gigi” (i musicalem Vincente Minelli powstałym na jej podstawie) płyta Holter to wciągająca i hipnotyzująca podróż po metropolii. W rezultacie powstało coś, o czym przed wieloma laty mówiło się: “muzyka, w której można zamieszkać tak, jak w domu”. Przywoływanie takich nazwisk jak Joni Mitchell czy Laurie Anderson to w tej chwili pójście na łatwiznę. Holter nie pozwala się zaszufladkować, z roku na rok artystycznie dojrzewa i w coraz bardziej intrygujący sposób miesza klasykę z nowoczesnością. Wpływa to w konsekwencji na fakt, iż odbiór “Loud City Song” wymaga odpowiedniego skupienia, zaaranżowania odpowiednich warunków czy nawet niezbędna może okazać się cierpliwość, ale w ostatecznym rozrachunku tego typu poświęcenie się opłaca.
Michał Stępniak

L.Stadt – “You Gotta Move” EP
Łódzki zespół zwiększał apetyt słuchaczy na tę EP-kę kilkukrotnie zmieniając datę premiery. Gdy już się pojawiła, łatwo było się w niej rozsmakować – stare melodie zza oceanu w interpretacji L.Stadt  mają piękny, autentyczny posmak retro. Duch prerii wisi w powietrzu mimo, że to produkcja XXI wieku. Idealnie odkurzony klimat amerykańskiego country sprzed lat przyjemnie drażni zmysły i każe tęsknić za prostotą, melodyjnością utworów i spokojem, który między wierszami przenika te kompozycje. Ten minialbum lśni. Po pierwsze od wypolerowanych, dopieszczonych kompozycji, po drugie błyszczy w morzu innych albumów. Czasem Cadillac z ubiegłego wieku w centrum miasta wygląda  groteskowo, vintage nie jest dla każdego, a zabawy z coverowaniem nie zawsze kończą się najlepiej. L.Stadt nie wpisuje się w te czarne scenariusze.
Katarzyna Wojtasik

Laura Marling – “Once I Was an Eagle”
Prześliczna opowieść o końcu związku i odnajdywaniu swego miejsca w świecie. You weren’t my curse (…) you were my last verse śpiewa wciąż skandalicznie młoda Brytyjka w ostatnim utworze, przypominając, że uczymy się na błędach. Pierwsza połowa płyty, bardziej mroczna, oddzielona jest od radośniejszej końcówki przerywnikiem, i to chyba jedyny minus tego wspaniale spójnego, bogatego w brzmienia albumu. Choć głosowi i gitarze Laury towarzyszy cała gama delikatnych dźwięków uzupełniających, to ona jest tutaj najważniejsza, a specyficzna produkcja sprawia, że jej wokal niemal muska słuchacza. W świecie Laury spotykamy Billa Callahana, Boba Dylana (“It Ain’t Me Babe” w “Master Hunter”, kooperowskie organy w niektórych miejscach), Johna Martyna (“Devil’s Resting Place” kojarzy mi się z jego diabłem). A ona sama jest zdecydowanie córką Joni Mitchell. Jeśli to nie jest świetny album, to przynajmniej obietnica takowego na przyszłość.
Katarzyna Borowiec

Lorde – “Pure Heroine”
Siedemnastoletnia dziewczyna z Nowej Zelandii wywołała w zeszłym roku niemałe zamieszanie. W wielu miejscach zestawiano ją nawet jako przeciwieństwo gwiazdeczek w stylu Miley Cyrus. Jeśli w przypadku tej drugiej zainteresowanie skupiało się na tym, co wyprawia ze swoim kroczem, to przy Lorde najczęściej padającym określeniem był ?talent?. Słusznie. Oczywiście, wiele osób starało się dopatrzyć ściemy, ale póki co nie ma na nią dowodów. Oto za produkcję “Pure Heroine” nie odpowiada żadna z uznanych osobowości, lecz anonimowy wcześniej 30-letni Joel Little. Można Lorde wierzyć, można nie wierzyć. Ja opowiadam się za tym pierwszym rozwiązaniem. Trzeba jednak przyznać, iż póki co niczego muzycznie zaskakującego od Lorde nie otrzymujemy, a jedynie subtelny electropop uzupełniony soulem, czyli w zasadzie coś nadającego się do słuchania w samochodzie i coś do tańca. Na “Pure Heroine” czasami jest uroczo (“Tennis Court”, “White Teeth Teens”), czasami dobrze (“400 Lux”, “Ribs”), ale i bywa tak sobie (“Glory and Gore”, “Still Sane”). Porównania do Lany Del Ray nie są z pewnością przesadą, ale autentyczność, wiek i talent przemawiają za dziewczyną z Nowej Zelandii. Dodatkowo za takie wersy jak: Maybe the internet raised us or maybe people are jerks ma u mnie wielkiego plusa.
Michał Stępniak

Mount Kimbie – “Cold Spring Fault Less Youth”
Duet z Londynu od 2009 roku wydał już kilka EP-ek i album “Crooks & Lovers”. W 2013 roku doczekaliśmy się ich drugiego albumu. Czy w  brzmieniu Mount Kimbie coś się zmieniło? Owszem. Kompozycje są bardziej swobodne, nie są tak ociężałe jak wcześniej. Panowie pokazali, że świat nie kończy się na kuriozalnym minimalu i post-dubstepie, co najlepiej można było zauważyć podczas openerowego koncertu, gdzie zadziwiła ilość instrumentów i możliwości aranżacyjne “Cold Spring Fault Less Youth”. Wprawdzie na krążku znajdziemy kilka słabszych punktów, ale w ogólnym rozrachunku wychodzi całkiem nieźle.
Ewelina Malinowska

MS MR – “Secondhand Rapture”
Po zapoznaniu się w utworem “Hurricane” w 2012 roku naprawdę wiele spodziewałam się po debiutanckim albumie MS MR. Często jest tak, że im większe oczekiwania, tym większe rozczarowania. Nie inaczej było w tym przypadku. Zabrakło pomysłu, zabrakło “tego czegoś”. “Secondhand Rapture” słucha się całkiem miło, ale “całkiem miło” nie zawsze wystarcza. O krążku nowojorskiego duetu szybko się zapomina. I nie pomaga tu nawet znakomita barwa głosu Lizzy Plapinger ani ciekawa praca instrumentów perkusyjnych. Szkoda, bo oczekiwania były spore.
Ewelina Malinowska

Palma Violets – “180″
Na koncercie Palma Violets pomyślałam sobie, że wyjadacze pokroju Arctic Monkeys mogą zacząć bać się młodszej konkurencji. I że rockowych, hałasujących zespołów nigdy za wiele. Młodzi Brytyjczycy mają wszystko to, co gwarantuje sukces: mnóstwo energii, dużo gitar i jeszcze więcej pewnośi siebie (a dodatkowo duże wsparcie jednego z  brytyjskich mediów muzycznych). Na krążku nie może być inaczej, ta sama punkowo-zadziorna energia przewija się przez jedenaście utworów. Nawiasem mówiąc: debiutancki album Palma Violets wydała Rough Trade Records, ta sama wytwórnia, która odpowiadała za płyty Jarvisa Cockera, Arcade Fire czy the Strokes. Dobra metka na dobry początek.
Katarzyna Wojtasik

Pantha du Prince & the Bell Laboratory – “Elements of Light”
To płyta z rodzaju tych, na których nie do końca udało się uchwycić “to coś”. Poznanie grupy Norwegów grających na dzwonach to chyba najlepsze, co spotkało w życiu Hendrika Webera, przynajmniej z perspektywy słuchaczy. Ale bez doświadczenia efektów współpracy tych twórców na żywo łatwo jest “Elements of Light” przeoczyć (przeuszyć?) – to płyta delikatna, dyskretna, o uroku nieśmiało mrugającym, nienachalnym i oszałamiającym dopiero po uważniejszym zapoznaniu się. A potem nadal “Quantum” nie brzmi tak dreszczogennie jak na koncercie, bo nagrane błogosławieństwo traci swą magiczną moc. Mimo wszystko warto trochę szczególnej uwagi wykrzesać by odpłynąć przy “Spectral Split”.
Katarzyna Borowiec

Teho Teardo & Blixa Bargeld – “Still Smiling”
Płyta niespodziewana, duet nieprzewidziany, efekt – fantastyczny. Włoski kompozytor wspólnie z niemieckim eksperymentatorem stworzyli muzykę idealnie spajającą klasykę z elektroniką, a do tego teksty Bargelda – śpiewane w trzech językach, przy czym od początku przeprasza za swój włoski – jak zwykle zachwycają bezpretensjonalną głębią. Tęsknota, niepokój, lekka ironia, poruszające refleksje. Jakby tego wszystkiego było mało, za smyczki odpowiedzialny jest znakomity skrzypek Alexander Balanescu i jego kwartet (choć nie tylko). Oby więcej takich zaskakujących muzycznych spotkań.
Katarzyna Borowiec

Tesla Boy – “The Universe Made of Darkness”
W Rosji też robią fajną muzykę, a najlepszym dowodem na to jest drugi album zespołu z Moskwy. Grupa gra synth-pop i new wave, zahaczając o  lata 80. Na krążku znajduje się 12 kawałków, które potrafią przywołać wspomnienia zachodzącego słońca nad morzem. Byłby to idealny soundtrack do filmów sprzed 20 lat, gdzie istotne były pościgi i dobra zabawa. Okazuje się, że takie elektroniczne 50 minut potrafi wprawić w naprawdę przyjemny nastrój.
Ewelina Malinowska

The Haxan Cloak – “Excavation”
Bobby Krlic i dawka horroru, tym razem okrojona z wątków smyczkowych. Album do słuchania nocą, choć i w pochmurny dzień może przyprawić o ciarki. Zresztą, nawet w słoneczny możemy poczuć się dziwnie w otoczeniu tych łupiących bitów, wwiercających się pod skórę basów, dziwnych szmerów, zniekształconych głosów i mrocznych pomruków. Krlic lubi straszyć i tworzy dla tych, którzy lubią być straszeni. “Excavation” to wypowiedź na temat śmierci, choć mi kojarzy się bardziej z wędrówkami po opustoszałych jaskiniach. Niesamowita wycieczka w przestrzeń dławiących dźwięków.
Katarzyna Borowiec

Vampire Weekend – “Modern Vampires Of The City”
Brak wzmianki o tej płycie w kontekście 2013 roku to wręcz zbrodnia. Nie wzięła się bowiem znikąd obecność albumu na czołowych miejscach licznych podsumowań czy dający się w wielu miejscach zauważyć hype (modne dziewczęta w USA noszą koszulki z okładką “Modern Vampires…”). Trudno też wskazać jakikolwiek inny zespół z ostatnich lat, który potrafiłby stworzyć stylistykę tak charakterystyczną i dodatkowo tak urzekającą. Stwierdzenie, że dobra kapela staje się coraz lepsza nie będzie przesadą. Na trzeciej płycie Vampire Weekend  to już dojrzała artystyczna wizja, gdzie źródeł inspiracji jest mnóstwo – rock, hip hop, muzyka klasyczna, elektronika, afrykański pop (na szczęście mniej tego elementu w porównaniu do drugiego albumu) i wiele innych. Taka mieszanka i nieszablonowa produkcja spowodowały, iż mamy do czynienia z materiałem niezwykle chwytliwym, starannie dopracowanym i takim, który wywołuje uśmiech od ucha do ucha (mimo, że z tekstów wielka radość nie płynie). Serwis Pitchfork irytuje niezwykle często, ale umieszczając płytę na pierwszym miejscu w podsumowaniu ubiegłego roku przegiął tylko odrobinę.
Michał Stępniak

Wet – “Wet” EP
Wet to brooklyńskie indie-popowe trio, w skład którego wchodzą wokalistka i autorka tekstów Kelly Zutrau, perkusista Joe Valle i  gitarzysta Marty Sulkow. Poznali się na studiach i teraz z powodzeniem realizują swój życiowy plan B. Delikatny i spokojny kobiecy głos zanurzony został w kruchym naczyniu wypełnionym elektroniką i  współgrającymi z nią żywymi instrumentami. Chwilami Wet ocierają się o  przebojowość i nie owijają w bawełnę (tekstowo), czym kojarzą mi się z  liryczną odmianą Haim (utwór “You’re the Best”), innym zaś razem tworzą bardzo intymne i nastrojowe kompozycje w stylu New Look (“Dreamers” i  “Don’t Wanna Be Your Girl”), czy nawet emocjonalne, wyszukane R&B (“No Lie”). Muzyka dla rozmyślających, marzycieli i wrażliwców podatnych na zranienia.
Szymon Matlak

Wuzet – “Własne zdanie”
Przyszedł czas na dobry rap na grime’owych i dubstepowych beatach w  Polsce. Wprawdzie kilka kawałków z tego krążka znaliśmy już z mixtape’u Wuzeta i Auricoma “Dzieci basu” z 2012 roku, jednak “Własne zdanie” to trochę inny poziom. Agresywne flow Wuzeta świetnie współgra z  zadziornymi podkładami m.in. Dubsknita i eRAeFiego. To, co wyróżnia ten krążek to jego niezaprzeczalna intensywność. Raper tą płytą “Wszedł do lokalu” i rozwalił połowę polskiej sceny.
Ewelina Malinowska

Young Galaxy – “Ultramarine”
Zespół z Kanady nagrał już swój czwarty krążek i ciągle trzyma poziom. Po świetnym “Shapeshifting” (2011) przyszedł czas na “Ultramarine”, który możemy zaliczyć do czystego dream-popu. Piosenki Young Galaxy są tu po prostu przyjemne, wpisujące się w klimat indie. Muzycy nie przesadzają z elektroniką, nie narzucają się nam ze swoim brzmieniem. Przy tym krążku jest słuchaczowi po prostu dobrze, a przy kawałkach takich jak “Hard to Tell” czy też “Pretty Boy” można się rozpłynąć.
Ewelina Malinowska