Other Lives – “Rituals”

Other Lives – “Rituals”
TBD Records/2015

Melancholijne przeboje?

Zmiany, zmiany, zmiany. W taki sposób można skrótowo określić tegoroczną płytę Amerykanów z Other Lives. Inne niż zazwyczaj miejsce nagrywania, nowy producent i co za tym idzie brzmienie. Zupełnie nowe skojarzenia i porównania (chociażby Radiohead, Grizzly Bear i Arcade Fire). Na wydanej w maju płycie kwintet, maksymalnie upraszczając tę kwestię, zamienia akustyczne gitary na ukrytą raczej na drugim planie elektronikę. Oczywiście to cały czas ten sam zespół co na debiucie. I to nadal słychać.

Przyznaję jednak, że nie tego się spodziewałem. Ale czasami najlepiej pozbyć się oczekiwań i po prostu posłuchać muzyki. Wtedy można po prostu cieszyć się dźwiękami, chłonąć je. Wgryzanie się w ten album było dla mnie zajęciem dosyć mozolnym. Odkrywałem go piosenka po piosence. Najpierw spodobały mi się dwa utwory – “2 Pyramids” i “Easy Way Out”. Przy następnym przesłuchaniu dołączyły do nich “Reconfiguration” i English House”. W pewnym momencie stwierdziłem, że polubiłem już prawie cały album. Nie jest on wprawdzie tak dobry jak znakomity “Tamer Animals”, ale to nadal solidne wydawnictwo. Czego zabrakło? Nie mam pojęcia. Ciekawe, kunsztowne aranżacje są, interesujące melodie też, poruszające teksty również. Niby wszystko znajduje się na swoim miejscu, a jednak pozostaje pewien niedosyt.

Na plus należy zaliczyć próbę poszukiwań, eksperymentów, odkrywania niezbadanych wcześniej obszarów. Tym, co przeszkadza mi w odbiorze “Rituals” jest zbytnie wygładzenie kompozycji od strony produkcyjnej, próba nadania komercyjnego sznytu, ich “przeindiefolkowienie”. Już wyjaśniam co mam na myśli. Od pewnego momentu połowa zespołów klasyfikowanych jako indie zaczęła brzmieć jak Of Monsters and Men albo Mumford & Sons. Podobnie jest choćby z tegorocznym krążkiem Kristiana Mattsona występującego pod pseudonimem The Tallest Man on Earth. Z jednej strony mamy więc tzw. loudness war, z drugiej “syndrom nijakości”, o którym piszę wyżej. Trochę szkoda, bo materiał w obu przypadkach jest zacny. A mogła to być jedna z płyt roku. W zamian dostaliśmy zbiór piosenek, który średnio moim zdaniem sprawdza się jako całość. Idealnym podsumowaniem zawartości krążka jest tytuł ostatniego kawałka – “It’s Not Magic”.

Powróćmy jednak do pozytywów. Do nich z pewnością zaliczyć wspomniane już “Reconfiguration”, “Easy Way Out”, “2 Pyramids”, a także “No Trouble”, które zdecydowanie wybijają się spośród pozostałych. Płyta singli, a nie spójna całość? Na to wygląda…

Jakub Buszek