Panda Bear – “Panda Bear Meets the Grim Reaper”

Panda Bear – “Panda Bear Meets the Grim Reaper”
Domino/2015

Oswojona panda.

Od takich artystów jak Noah Lennox za każdym razem oczekuje się czegoś, co powinno zachęcić do przynajmniej kilkukrotnego zapętlenia albumu. Chciało by się jednak przede wszystkim wbicia w podłogę, niekontrolowanych i pozytywnych reakcji czy chociaż otworzenia paszczy z zachwytu. Rozczarowanie w takich przypadkach boli o wiele bardziej i ciężko wówczas przejść do porządku dziennego. Wielu artystów w ostatnich latach zaserwowało mi taką przykrość. Mimo pewnych obaw, Panda Bear do tego grona nie dołącza.

Album “Panda Bear Meets the Grim Reaper” powstawał w Lizbonie, a do pomocy Lennox zaprosił po raz kolejny Sonic Booma, znanego przede wszystkim ze Spaceman 3. W Animal Collective czy na wcześniejszych solowych płytach Lennoxa niejednokrotnie piękne melodie przykryte były grubą warstwą odwracających od nich uwagę dźwięków, ale tutaj doświadczymy tego stosunkowo rzadko. Oczywiście, Panda Bear nie zwariował i nie zdecydował się na radykalne zmiany. Miał na tą płytę pomysł i on się sprawdził. Całość opiera się na budowaniu w oparciu o muzyczne odwołania czegoś niezwykle nowoczesnego, ale raczej bez zapędzania słuchacza w miejsca, w których musiałby on się wznosić na wyżyny swoich zdolności percepcyjnych. Dużej liczby długich psychodelicznych odlotów tutaj też nie doświadczymy, a miłośnicy tego typu zabaw muszą tym razem poszukać szczęścia gdzie indziej. Szaleństwo wielokrotnie ustępuje bowiem miejsca delikatności i te chwile wytchnienia okazują się równie intrygujące. Oprócz elektronicznych, hip-hopowych inspiracji, tradycyjnie duch The Beach Boys unosi się nad nagraniami i to na większą skalę niż do tej pory. Może przez to momentami artysta wybiera na pozór rozwiązania jak dla niego zbyt proste. “Panda Bear Meets…” to w rezultacie album najbardziej przystępny z dotychczasowej solowej kariery. Na “Tomboy” (recenzja) wprawdzie również zdarzały się utwory, które idealnie nadawały się do nucenia pod nosem, lecz nie aż w takiej skali. Tutaj nawet deformacje i nieporządek dość szybko zmieniają swoje oblicze. Duży wpływ ma na to z pewnością sam wokal Lennoxa, który jeszcze nigdy nie był tak zróżnicowany i jednocześnie zniewalający.

“Panda Bear Meets…”  to nie jest, oczywiście, album dla wszystkich i raczej Panda Bear nie zagości w komercyjnych stacjach telewizyjnych i radiowych, a na playliście dyskotek pojawić się może raczej przypadkiem. Brakuje tu przebojów w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Są za to “Mr. Noah”, którego hipnotyzujący rytm i melodia lokują się na dość długo w głowie  i nie chcą z niej wyjść. Gdzieś da się usłyszeć efekty przebywania z panami z Daft Punk, ale nie sposób odbierać tego negatywnie. Liczne chwile wytchnienia, ocierające się o próbę wprowadzenia nostalgicznej atmosfery, również mają swój urok, w tym przede wszystkim piękne “Tropic of Cancer”.

Panda Bear niejako podąża śladem Flying Lotusa i poświęca swoją uwagę śmierci.  Wyśpiewuje w stronę swojego zmarłego ojca: you can’t get back, you won’t come back. To ponoć naturalny przejaw dojrzałości i troski rodzicielskiej. Nie jest to zbyt wysoka półka, ale te zabawy słowami nie są tu najważniejsze. Piąty album Panda Bear to ciągle coś dla serca i mózgu, a jeśli zaistnieje taka potrzeba, to i momentami kończyny nie powinny się nudzić. Lennox tym razem dał spokój z zabawami w inwencje i nieco olał psychodelię. W tym temacie przez ostatnie lata swoje już zrobił.

Michał Stępniak