Panda Bear – “Tomboy”

Panda Bear – “Tomboy”
Paw Tracks/2011

Siła trójkąta.

Niektórzy podejrzewali, że czwarty album Pandy nie zostanie wydany nigdy. (Tak, czwarty, a nie trzeci – Noah zadebiutował w roku 1998 i była to pierwsza w historii płyta ze świata Animal Collective). Lata czekania, potem przesunięcie daty premiery z roku 2010 na 2011. Ale Lennox to perfekcjonista i po prostu nie lubi robić wielu rzeczy na raz. Zresztą przyjęta od czasów “Person Pitch” metoda wypuszczania materiału na singlach jest dobrym sposobem utrzymania ciągłego kontaktu z fanami.

“Tomboy” to, jak mówi autor, dwie przeciwstawne siły. W jego przypadku – praca i rodzina. Ten album, tak jak poprzednie, jest bardzo osobisty. Słychać to w słowach, czyli niezbyt bezpośrednio. Jako ojciec chillwave’u Panda nie omieszkał dodać do swoich kompozycji pogłosu. Poprzedni album, “Person Pitch”, był oparty na samplach, tym razem Noah, zainspirowany Nirvaną, postanowił użyć gitary. Oczywiście efekt w niczym nie przypomina grunge’u. Gitara została przepuszczona przez “białe pudełko” – stację roboczą Korga (model M3-M). Dwa pozostałe boki trójkąta, jak to opisał muzyk, tworzą perkusja i głos.

Rytmy na “Tomboy” są wyraziste, a chociaż tym razem nie ma tutaj tylu warstw (mniej sampli), nie znaczy to, że jest prościej. Utwory są skondensowane i jest ich więcej. Czasami ma się wrażenie, że coś gdzieś nam się przez przypadek włączyło, a potem okazuje się, że to jednak w nagraniu (“Surfer’s Hymn” na przykład). Ta niespójność sprawia, że album jest fascynujący i przyjemnie się w niego wsłuchiwać w poszukiwaniu kolejnych dystrakcji.

Dystrakcje i dręczące rytmy mogą jednak irytować.  Ale przecież nie można spodziewać się rzeczy łatwych do słuchania po muzyku Animal Collective. Chociaż “Tomboy” przypomina raczej twórczość innego zespołu, w którym udziela się Panda – duetu ze Scottem Mou o nazwie Jane. Drone’owo-ambientowe kawałki (“Drone” i “Scheherezade”) mają być przerwą na oddech. Przy okazji podkreślają najpiękniejszy utwór na płycie, powoli rozkręcający się “Alsatian Darn”. Ciekawe są też “Slow Motion”, który świetnie nadawałby się na podkład dla rapera, i kończąca album “Benfica” nazwana tak od portugalskiego klubu piłkarskiego, z zsamplowanym hałasem kibiców meczu.

Nastrój na nowym albumie Lennoxa jest nieco bardziej ponury, podobno dlatego, że to materiał nagrywany w piwnicy. W utworze tytułowym jest nawet mowa o samobójstwie. Przez słodkie podwodne dźwięki przebija się melancholia, a powtarzane wielokrotnie słowa wprawiają w trans. Pozostaje tylko pytanie, czy pozwolisz się zaczarować.

Katarzyna Borowiec