Paristetris – “Honey Darlin’”

Paristetris – Honey Darlin’
Lado ABC/2010

Szaleństwo z połyskiem.

Wypolerowania, pełnych żywiołowej zabawy, kompozycji Marcina Maseckiego, Macia Morettiego, Candelarii Saenz Valiente i Bartka Tycińskiego dokonał Eddie Stevens, znany ze współpracy z Moloko i Roisin Murphy. Jak mówią muzycy Paristetris, bez jego udziału druga płyta byłaby zapewne zbyt podobna do debiutu. Dzięki odmiennej produkcji “Honey Darlin’” sprawia wrażenie gładszej i spójniejszej, co zdecydowanie wychodzi zespołowi na dobre.

Wydana w 2009 roku “Paristetris” była tym, czego można się spodziewać po połączeniu tworzących grupę osobowości, ale jednocześnie zaskakiwała świeżością. Również na kolejnym albumie nie brakuje energii, eksperymentatorstwa i entuzjazmu. Ze słów na inną literę można dodać swobodę, słyszalną przede wszystkim w głosowych popisach wokalistki. To bowiem jej, może nawet nie głos, chociaż nie przeciętny to jednak nie przesadnie wyjątkowy, ale sposób śpiewania jest tym, co w twórczości Paristetris przykuwa najwięcej uwagi.

Kawałek otwierający, “Lay Your Pink Lights”, jeden z najlepszych na płycie, jest dobrą definicją tego, czego możemy spodziewać się po pozostałych. Delikatne klawisze, syntetyczny bit i nagły wybuch hałaśliwego rocka. Do tego wokal świetnie dostosowujący się do tych zmian nastroju, a także dosyć bezceremonialne teksty Candelarii (through your glazy eyes you see us, gentle pedophiles). Wszystko tworzy przyjemną atmosferę zabawy muzyką, przy czym tym razem mniej jest w tym żartu, co jest chyba lepsze dla kompozycji zespołu, nie tworzonych przecież zupełnie dla kawału.

Marcin Masecki i jego żona stwierdzili, że estetyka żartu może być nieco kłopotliwa – w przypadku debiutu pierwszy utwór, czysty wygłup, prowokował słuchacza do odbierania całej płyty w określony sposób. Dlatego tym razem Paristetris starali się nie być zanadto nonszalanccy, ograniczyli ilość improwizacji, album jest nieco mniej eklektyczny. Od razu przyjemniej się tego słucha. Całość jest spójna, przy czym nie traci nic ze swobody. Głos Candelarii jest mniej denerwujący (na debiucie zdarzało się więcej kawałków w stylu “Join the Club” z “Honey Darlin’”, w którym jej wokal staje się nieprzyjemnie piszczący), sposób śpiewania niektórych fraz zachwyca wywoływanym wrażeniem przestrzeni, jak w “Sponge”.

W jednym z wywiadów Masecki stwierdził, że to kończące płytę dwie ballady najdłużej pozostają ze słuchaczem. Ale ani nieco nudnawe “Plum & Grape” ani przydługa “Death Song” (osiem minut ma również kawałek o adekwatnie długim tytule: “Dolphins Crash Against the Rock Because Everything Is So Tremendous” o przyjemnym, plażowo-morskim nastroju) nie robią takiego wrażenia jak wspomniana “Sponge” z uroczym pom pom mruczanym przez panów w tle i chwytliwa “Generic Man”.

“Honey Darlin’” jest płytą dobrze wyważoną – gdzieś pomiędzy przemyśleniem-powagą a szaleństwem-improwizacją. Aurea mediocritas.

Katarzyna Borowiec