Pati Yang – “Wires and Sparks”

Pati Yang – “Wires and Sparks”
EMI Music Poland / 2011

Historia pewnego zwrotu.

Pati Yang jest zapracowaną osobą, przynajmniej od początku XXI wieku. Wtedy to, po dłuższej przerwie i problemach z promocją “Jaszczurki”, zainwestowała czas w wiele projektów muzycznych; FlyKKiller, kontynuacja solowej kariery i gościnne użyczanie głosu w obcych przedsięwzięciach. Pomimo zapowiedzi drugiego albumu FlyKKiller odszedł, ku rozpaczy niektórych fanów, w niebyt. Pod koniec lata 2010 ukazał się przebojowy singiel Polki, która przybrała tym razem pseudonim Nikita. Wtedy jeszcze nie było wiadomo na ile prawdopodobne jest zastosowanie elektronicznego popmodelu na kolejnym autorskim krążku. Wszak do tej pory solowe płyty były bardziej wyciszone. Elektronika była obecna ale nie brakowało jednocześnie ascetycznych kompozycji. Singiel “Near to God”, promujący album “Wires and Sparks”, zdradzał potencjalny kształt reszty utworów. Z jaką dokładnością? Koniec z podejrzeniami, przypuszczeniami i szacunkami probabilistycznymi – jaki jest właściwie ten album? Najbardziej przystępny z dotychczasowych.

Wielokrotnie głowiono się już nad tym jak zaszufladkować artystkę. Czy to jeszcze alternatywa, czy już pop. W kontekście polskim alternatywa, w kontekście światowym pop? A może po prostu alternatywny  mainstream? Pati Yang dostarczała odpowiednio przygotowane mikstury, które tworzyły tylko kolejne pokłady ambiwalencji. Symultanicznie zwolennicy tych, wydawałoby się ekstremalnie różnych pozycji, byli zadowoleni, iż ani to piosenki zbyt popowe, ani zbyt eksperymentalne. Na omawianym albumie niepowtarzalny styl artystki jest rozpoznawalny, lecz nastąpił jednocześnie znaczny zwrot w stronę muzyki popularnej. Przyczynił się do tego dobór producenta. Joseph Cross maczał wszak palce w debiucie duetu Hurts. Kompozycje Pati Yang obfitują więc w wyraziste bity i syntezatory. Nawet jeżeli ktoś nie gustuje w takiej muzyce, to do produkcji nie można się przyczepić – jest wzorowa.

Wspomniany już “Near to God” słusznie został wybrany jako pierwszy promujący utwór. Bardzo dynamiczny, chwytliwy i z interesującą, wiodącą linią basową. Artystka twierdzi nawet, iż większość warstwy muzycznej na całym albumie stanowią żywe instrumenty. Ich sztuczne brzmienie spowodowane jest po prostu elektronicznym przetworzeniem, obróbką. Mniej tu mroku niż na poprzednich albumach, co wynika prawdopodobnie z podkreślanej wielokrotnie wewnętrznej przemiany. Mówienie o energii i duszy, zindywidualizowana forma religii, mistycyzm – to wszystko wpisuje się dobrze w zachodni trend porzucania zinstytucjonalizowanej formy religii na rzecz spirytualizmu.

Po premierze “Faith, Hope + Fury” część fanów była rozczarowana, oczekiwali kontynuacji “Silent Treatment”. Pierwsze głosy po wydaniu “Wires and Sparks” stwierdzały, iż “Faith, Hope + Fury” wcale takie złe nie było. Można to interpretować jako większe rozczarowanie i niebezpieczeństwo muzycznego regresu. Jednak przygody z tym albumem lepiej nie kończyć na jednym przesłuchaniu, to raczej tzw. grower. Pozytywne nastawienie względem krążka rośnie z każdym kolejnym kontaktem. Podobnie jak niektórzy fani miałem ambiwalentne odczucia po powierzchownym zapoznaniu się z zawartością. Nie ma to nic wspólnego z oczekiwaniami, bo Pati Yang zaskoczyła mnie tempem pracy i nie zdążyłem zastanowić się nad tym, czego właściwie chcę. Sam fakt odejścia w stronę elektroniki także to nie jest, można się było tego przecież spodziewać. Przeszkodą jest wewnętrzny nastrój i humor, czasami absolutnie nie mam ochoty na dalsze poznawanie albumu, ale są i takie dni, kiedy nie mogę wyjść z podziwu nad koherencją albumu, nad jego produkcją lub nad poszczególnymi motywami muzycznymi.

Skoro o ciekawych partiach mowa….W “Hold Your Horses” niezmiennie uwagę zwracają wokalne schodki przy wyśpiewywaniu ooooooooo, które później przechodzą w bardziej prototypowe legato. “Kiss It Better” natomiast permanentnie budzi z marazmu swoimi refrenowymi syntezatorami. Początek “Revolution” z przesterowaną gitarą przypomina konstrukcje wczesnych utworów Placebo, później jest już jednak bardziej popowo, m.in. dzięki ckliwym wokalizom i rytmicznemu klaskaniu. Wyróżnia się również piosenka “Darling” z bardzo wyrazistym basem i elektroniczną otoczką przywodzącą skojarzenia z Depeche Mode.

Elektronika nie wyklucza spokojniejszego tempa i wyciszenia. O tym można było się przekonać na wcześniejszych krążkach artystki. Tutaj rolę ballad pełnią “Breaking Waves” oraz zamykające tracklistę “Fold”. Spokojnie rozpoczyna się “Take a While”, później jest głośniej, choć cały czas sentymentalnie.

Jaki werdykt wydać, jeżeli zależy on w dużej mierze od nastroju, a mówiąc, iż należy słuchać “Wires and Sparks” w odpowiednim stanie psycho-fizycznym nie mówię w zasadzie nic? Z pewnością, z każdym kolejnym odsłuchem wrażenia są lepsze, lecz reguła ta dotyczy w zasadzie wszystkiego, o ile człowiek jest ponadprzeciętnie otwarty. Co robić więc? Rozumiem rozczarowania, rozumiem głosy zachwytu, powinienem więc nazwać krążek przeciętnym, ale w kontekście polskim jest to produkt na pewno ponadprzeciętny, a niektóre kawałki nawet w kontekście międzynarodowym. Płyta wkradnie się niewątpliwie do niejednego podsumowania roku 2011.

Uwolnij Muzykę! jest patronem medialnym albumu.

Łukasz Stasiełowicz