kIRk – “Msza święta w Brąswałdzie”

kIRk – “Msza święta w Brąswałdzie”
Innergun / 2011

Technoidalna historia pewnej wsi.

Trio nie mogło marzyć o lepszym – pod względem konceptualnym – terminie premiery albumu. Klimat grozy, napięcie oraz mrok dobrze współgrają z krótkimi i zimnymi dniami.

W tytułowej kompozycji – “Msza święta w Brąswałdzie” – najbardziej charakterystyczny jest elektronicznie wybijany rytm. Resztę terytorium zagospodarowują trąbkowe improwizacje Olgierda Dokalskiego oraz sample polskie i… niemieckie. Brąswałd to wieś położona w województwie warmińsko-mazurskim, więc te germańskie nawiązania nie są nieuzasadnione. Wcześniejsza nazwa (Braunswalde) zmienia zresztą spojrzenie na kwestię słownego znaczenia obecnego określenia wsi. Pojawiające się cytaty brzmią chwilami troszkę absurdalnie (Hast du viel gelernt?), lecz i tak zostały dobrze dopasowane do dość mrocznego klimatu.

Drugi kawałek – “Uroczysty obiad w Dywitach” – jest kontynuacją konceptu; Dywity to gmina, w której mieści się Brąswałd. Ponownie napotykamy niemiecki język, tym razem jednak zdania bezpośrednio nawiązują do tematu jedzenia. Słyszymy więc o gościach jedzących w restauracji i kantynie.

“Prawdziwe piekło” bardziej przypomina przerywnik niż samodzielny pełny utwór, ale te 58 sekund zdecydowanie się wyróżniają i dobrze, że ich nie podpięto pod inne kompozycje. Może to po prostu wprowadzenie do czwartej kompozycji (“Ortodoks”)? Łatwo zauważyć, iż z tematów topograficznych przenosimy się w religijne. Na początek wspomniane piekielne intro, a teraz…No właśnie, mianem ortodoksa można określać osoby bardzo religijne, bądź konkretnie prawosławne. We wsi mieści się parafia rzymsko-katolicka, więc wątpliwości interpretacyjne chyba zostają rozwiane. Wątek religijny dopełnia jeszcze okładka z dziewczynką obładowaną znanymi symbolami. Jeżeli kogoś to zagadnienie zmęczyło, to na koniec czeka jeszcze stereotypowa wiejska “Naprawdę smutna popijawa”. Wydźwięk tej kompozycji jest naprawdę smutny.

Ten krążek kIRK broni się przede wszystkim konceptem i sumiennie utrzymywaną atmosferą. Kiedy tylko pojawia się wolna przestrzeń to natychmiast zostaje wypełniona przez jakieś muzyczne motywy, brakuje więc próżni. Poszczególne elementy płynnie wymieniają się swoją pierwszoplanową rolą, a o nasycenie każdej sekundy dbają Filip Kalinowski i Paweł Bartnik, czyli muzycy odpowiedzialni za gramofony i elektronikę. Nie jest to odpowiednia płyta na poprawę humoru. Dodatkowo można ją uznać za monotonną, lecz jej funkcji należy szukać gdzie indziej – muzyka tła. Jako podkład do czynności codziennych, lekkiej pracy umysłowej, bądź fizycznej sprawdza się wyśmienicie. Szczególnie w ciemnych, zimowych miesiącach.

Łukasz Stasiełowicz

Uwolnij Muzykę! jest patronem medialnym albumu