Pharoah & the Underground – “Spiral Mercury”

Pharoah & the Underground – “Spiral Mercury”
Clean Feed Records/2014

Majstersztyk improwizowanego jazzu.

Muzyk urodzony w 1940 roku, który rozpoczynał karierę w zespole Johna Coltrane’a, a od Ornette’a Colemana usłyszał, że jego tenor brzmi najlepszym na świecie jest skazany na umieszczenie go w kategorii “żywa legenda jazzu”. Nie lubię tego typu etykiet, ale Pharoahowi Sandersowi trudno odmówić zasług dla improwizowanego oblicza gatunku i nie może dziwić, że jego charakterystyczne imię sygnuje najnowszy projekt, w którym się udziela. Dziwi mnie natomiast brak wyróżnienia dla innej postaci – Roba Mazurka, człowieka, który w nie mniejszym stopniu niż Sanders wpłynął na jakość “Spiral Mercury”, a zarazem już teraz ma gwarantowane miejsce na kartach historii jazzu jako jeden z najwybitniejszych kornecistów.

W minionym roku miałem okazję zobaczyć koncert Mazurka wraz z jego Pulsar Quartet podczas festiwalu Jazz Jantar w Gdańsku. Byłem jeszcze przed przesłuchaniem “Spiral Mercury”, ale już po rewelacyjnym “Locus” Chicago Underground Duo, czyli projektu Roba oraz Chada Taylora ? perkusisty także Pharoah & the Underground. Wiele sobie obiecywałem po tym występie i mimo że repertuar zespołu miał słabsze, niebezpiecznie bliskie smooth jazzowi momenty, umiejętności jego lidera zapierały dech w piersiach i rozszerzały źrenice. Słuchając albumu Pharoah & the Underground, odniosłem wrażenie, że to właśnie cwaniak w skórze i ciemnych okularach jest jego centralną postacią. Poczułem się trochę jak na początku seansu “Batman i Robin”, kiedy to nazwisko Schwarzenegger – człowieka grającego Mr. Freeze’a – pojawiło się przed Georgem Clooneyem, czyli najgorszym Batmanem w historii kina (być może już niedługo, Ben Affleck jest silnym kandydatem do przejęcia pozycji lidera). Niezależnie jednak od tego, kto na “Spiral Mercury” jest liderem, jego zawartość to wybitne siedemdziesiąt sześć minut z ścisłej czołówki najlepszych jazzowych albumów 2014 roku.

Wiele rockowych zespołów boleśnie rozczarowuje, gdy przychodzi im wykonywać swoje piosenki bez dwóch istotnych elementów – wsparcia producenta i studia nagraniowego. Pierwsze zetknięcia z muzyką na żywo w wykonaniu Red Hot Chili Peppers czy System of a Down były dla mnie tak szokujące, że po dziś dzień mam do tych zespołów pewną awersję. Moje odczucia w stosunku do jazzu są natomiast skrajnie inne – często niezły czy nawet nudnawy album okazuje się znakomitym przeżyciem w bezpośredniej konfrontacji z publicznością. “Spiral Mercury” nie powstało w studiu, zostało zarejestrowane podczas festiwalu Jazz em Agosto w Lizbonie w 2013 roku, a tajemnicą jego sukcesu jest wsparcie nie producenta, lecz właśnie widzów. Takiej energii nie da się wytworzyć w sterylnym, okablowanym, w pełni oświetlonym pomieszczeniu. To cecha immanentna wyłącznie koncertów.

Album rozpoczyna się chaotycznymi dźwiękami trwającego niemal kwadrans “Gna Toom”. Zespół od razu wytacza ciężkie działa i atakuje słuchacza wszelkimi dostępnymi środkami, ale po kilku minutach kurz opada, a z chaosu wyłania się wyraźna linia melodyjna gitary basowej. Partie perkusji i elektronika robią znakomite wrażenie, ale konfrontacja dęciaków Sandersa i Mazurka nie pozostawia wątpliwości, że centralna część akcji będzie się kręcić wokół tych dwóch elementów. Panowie dowódcy jakby się zreflektowali, że trochę przyćmiewają kolegów i na początku utworu tytułowego pozostawili im sporo przestrzeni. Czterech muzyków związanych z kolektywami Chicago Underground i Sao Paulo Underground nie potrzebowało lepszej zachęty. Natychmiast udowadniają, że nie tworzą tu jedynie akompaniamentu, a ich nazwiska równie dobrze mogłyby sygnować ten krążek.

Słuchając takich utworów jak np. “Blue Sparks From Her”, można odczuć pobudzenie ciała, które wyraźnie chciałoby jakoś zareagować, ale nie bardzo wie jak. Nie da się do tego ani tańczy, ani usiedzieć. Jeszcze trudniej jest przy kompozycjach “Pigeon” oraz “Jagoda’s Dream”, które pierwotnie ukazały się na “Tres Cabecas Loucuras” Sao Paulo Underground. Czuć w nich szaleństwo rodem z Ameryki Południowej, na które szybko reagują koledzy z Chicago, jakby chcieli powiedzieć: “Hola, hola, u nas bawimy się inaczej”. Tego typu zdrowa rywalizacja odbiła piętno na całym albumie. Nie znam się na piłce nożnej, ale – o ile się nie mylę – Lechia Gdańsk (której stadion znajduje się niedaleko mojego domu) sympatyzuje z Wisłą Kraków, a spotkania tych dwóch klubów określane są jako “mecze przyjaźni”. Podobnie jest ze zmaganiami Pharoaha i Roba, Brazylii i Stanów Zjednoczonych – każdy z muzyków ma wiele do powiedzenia, ale nie ma w tych wirtuozerskich wyczynach woli zdominowania pozostałych.

Składy jazzowych projektów, w odróżnieni od rockowych, są bardzo płynne i zmieniają się nie tylko z albumu na album, lecz wielu w wypadkach także z koncertu na koncert. Na “Spiral Mercury” spotkały się wielkie osobowości, a rzadko się zdarza, żeby wielcy zajmowali się czymś innym niż przekrzykiwanie siebie nawzajem. Pharoah & the Underground to wybitny projekt i mam wielką nadzieję, że nie będzie jednorazowym przebłyskiem geniuszu.

Jarosław Kowal