“Podnieca mnie zdejmowanie folii z nowych płyt”

“Podnieca mnie zdejmowanie folii z nowych płyt”

Wywiad z Markiem Pałką (Straight Jack Cat).

Mateusz Grzeszczuk: Na waszym fanpage’u na Facebooku pojawiły się gratulacje od samego Piotra Stelmacha. Tego typu wpisy robią na was wrażenie, czy przyjmujecie to chłodno, no może z lekkim uśmiechem na twarzy?

Marek Palka (Striaght Jack Cat): To bardzo miłe, gdy dobrze mówią o tobie ludzie, którzy wpływają i kształtują gusta innych. Nie nagrywamy dla laurek i wyróżnień, ale jeżeli słyszysz swoją piosenkę w publicznym radio w audycji autorskiej Piotra Metza, Piotra Stelmacha i Piotra Kaczkowskiego, to chciałbyś ją jeszcze usłyszeć u Piotra Barona (śmiech). Szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się tak dobrego przyjęcia. Trójka to radio z klasą, składające się z wielu dziennikarskich legend i autorytetów. Tym bardziej miło, że znalazło się tam dla nas miejsce.

Wrzuciliście także zdjęcie z płytami. Pierwsze wrażenia po otwarciu pudełka?

Jest coś magicznego w momencie, kiedy trzymasz w ręku swoją płytę. Do dziś podnieca mnie zdejmowanie foli z nowych płyt, więc rozumiesz co czuję, gdy zdejmują ją ze swojej EP-ki. Jest to nagroda za te wszystkie trudne momenty, które pojawiają się po drodze. Jesteś po prostu usatysfakcjonowany. Poza tym lubię zapach świeżo otwartej płyty. To coś jak zapach nowej książki.

Wasze emocje z Soundrive Festival? Jak oceniacie to wydarzenie?

Czuliśmy się wyróżnieni. Grała tam śmietanka polskiego undergroundu. Odczucia? Jest dobrze, gdy wszystko jest zorganizowane na wysokim poziomie, a ty jesteś częścią tej układanki. Świetne miejsce i kompetentni ludzie. Z wielką ochotą wrócimy do B90.

Udało się nawiązać jakieś specjalne kontakty?

Po koncercie skontaktował się z nami Jonathan Finegold, szef Finegold Music. To facet, który w nietypowy u nas sposób zajmuje się publishingiem. Żyje z umieszczania piosenek w filmach i serialach kręconych głównie w Stanach. Byłoby miło usłyszeć kiedyś “Even” w jakimś amerykańskim tasiemcu (śmiech).

Powiedziałeś, że jesteście zbyt undergroundowi dla popu, a dla undergroundu zbyt popowi. Na waszym profilu napisano także, że jesteście powiewem nowego świeżego w starym dobrym stylu. Jeden z dziennikarzy dorzucił dodatkowo, że gracie niehigienicznego rock’n'rolla.

Jak najbardziej gramy niehigienicznego rock’n'rolla, choćby ze względu na sprzęt, którego używamy. Jest trudny do okiełznania, bo są to graty z lat 60. czy 70. Inna technologia. Więc to, co niehigieniczne wychodzi samo z siebie. Poza tym głównie stawiamy na pierwotne emocje. Dość często po koncertach przychodzą ludzie, żeby chwilę porozmawiać i są rozczarowani, że potrafimy sklecić kilka zdań, nie zioniemy ogniem i nie demolujemy wszystkiego dookoła (śmiech).

Po Must Be the Music, z tego co mi wiadomo, gradu telefonów nie było, ale pojawiło się kilka ofert koncertowych. Nie było to dla was zaskoczeniem, że nie nastąpiło pewne ”boom”?

Czy ja wiem? Poszliśmy do tego programu tylko z jednym założeniem. Chcieliśmy zaprezentować się przed kilkumilionową publicznością i to się udało. Jakiś czas temu doszliśmy do wniosku, że w naszym przypadku wysyłanie demówki do wytwórni płytowych nie ma sensu. Mamy świadomość, jak wygląda praca w dużych wytwórniach. Ludzie są tam zmęczeni i raczej szukają łatwiejszych tematów niż Straight Jack Cat. Przy takim natłoku zadań jakiego tam doświadczają, zmysły po jakimś czasie zostają stępione, a i wola już nie ta (śmiech). Mam wrażenie, że dziś takie programy jak Must Be the Music dużo bardziej wpływają na wyobraźnię wytwórni płytowych niż klasyczne demo. Dlatego zdecydowaliśmy się wysłać swoją demówkę w świat przez telewizor. Zrobiliśmy swoje i podpisaliśmy kontrakt z przemiłą wytwórnią. Jest OK.

Krakowska Scena Muzyczna jest dla was nadal istotnym miejscem, platformą? Czy może to nie wy potrzebujecie ich, ale oni was? W szczególności kiedy znajdujecie się na dosyć wysokim poziomie.

Nie odżegnujemy się od Krakowskiej Sceny Muzycznej. W tym momencie jest to fundacja. Kiedy zaczynaliśmy byli dla nas bardzo pomocni. To przy pomocy tej organizacji odbyły się nasze pierwsze koncerty. Dzięki nim graliśmy w klubach, do których nie mieliśmy wtedy dostępu. W tym momencie jesteśmy bytem samodzielnym i komunikujemy się z KSM-em na zasadzie koleżeństwa. Nikt tu od nikogo nie jest zależny. Jesteśmy kumplami.

Podobno wasza nazwa dla ludzi z Zachodu jest zupełnie naturalna. Chyba warto zatem życzyć wam grania na największych festiwalach?

Ludzie z zagranicy mówią, ze nasza nazwa jest clever, a w Polsce konferansjerzy łamią sobie język. Jakiś czas temu częściej myśleliśmy o koncertowaniu za granicą. Najchętniej tą zachodnią, dzisiaj mamy jednak świadomość, jak działa rynek muzyczny. W Polsce jest trudno się przebić grając i znając wielu ludzi. Cóż dopiero na Zachodzie, gdzie nikogo się nie zna, a i koncert załatwić raczej trudno. Ale nadal marzymy, by wyjechać na trasę po UK czy USA (śmiech).

W takim razie życzę długich podróży po kraju jak i poza granicami. Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Rozmawiał: Mateusz Grzeszczuk
Fot: materiały zespołu (Megan Cipollini/Fotografia Biliński)