Relacjeprzemek

Podświetleni na czerwono

Relacjeprzemek

Podświetleni na czerwono
Katowice/7.11.2012

Relacja z koncertu Marka Lanegana w ramach festiwalu Ars Cameralis.

Na początku było milion supportów. W tym przypadku milion oznacza trzy, wszystkie ze zbyt głośnym basem. Wykonawcy owi to dobrzy koledzy Marka Lanegana, a bezpośrednio przed nim, czyli ze statusem gwiazdy wśród supportów, zagrali Creature with the Atom Brain. Udzielał się tam pan Aldo Struyf, który na scenę jeszcze powrócił. Zanim jednak z niej zszedł, panowie uraczyli publiczność dawką surowego rocka, niekiedy instrumentalnego. Występ niezły, ale mimo wszystko nie odwracający uwagi od oczekiwania na akt główny.

A oczekiwać trzeba było długo, zmiana sprzętu i opanowanie szczegółów technicznych zdawały się wlec w nieskończoność. Szczegółowa rozpiska godzinowa okazała się, jak zazwyczaj w przypadku koncertów klubowych w Polsce, mało przydatna.

I’ve been dreaming of you…

Mark Lanegan z zespołem swój występ zaczął od świetnego utworu otwierającego najnowszy album, tegoroczny “Blues Funeral”. Od początku można było zachwycić się głębokim głosem, profesjonalnymi muzykami i… rozczarować nagłośnieniem. Mimo wszystko, chociaż gubiły się zwłaszcza subtelności instrumentarium Alda, obsługującego syntezatory porzucane czasem na rzecz gitar, dźwięki tworzone w Hipnozie przez pięciu muzyków miały uwodzicielską siłę. Głównie za sprawą, oczywiście, magnetycznego wokalu Lanegana, ale nie tylko.

Pozostając jeszcze przy Marku – jak wieść niesie, zmienił nieco swój oschły image i postanowił przemawiać do fanów. Rzeczywiście – w Katowicach aż cztery razy powiedział “thank you” i dodał nawet “we really appreciate it”. Ale, bądźmy szczerzy, przy jego charyzmie kontakt z publicznością nie jest czymś niezbędnym. Wystarczy, że śpiewa do nas sleep with me… i oczyma wyobraźni można zobaczyć kolejkę ustawiającą się do jego łóżka. (Chociaż podobno to perkusista ma najwięcej groupies).

Katowicki jazzclub był napakowany aż po kąty, a tymczasem klimatyzacja postanowiła zaprotestować. Temperatura i mroczne, czerwone oświetlenie stanowiły piekielne tło dla ponurych kompozycji Lanegana, który nie rozpiął ani jednego guzika swej czarnej koszuli. Całość wieńczyła iście demoniczna mimika twarzy – muzyk zdecydowanie nie wygląda na osobę pogodną; ot, odpowiednia, choć nie rozbuchana, oprawa szatańsko pięknego koncertu.

Spośród pomniejszych demonów na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje Steven Janssens, a.k.a. Johnny Cash, wyczyniający cuda (choć to określenie zaburza nieco kierunek, w którym poszła metaforyka niniejszego tekstu) na gitarze, a nawet na gitarach, bo zmieniał instrument kilkukrotnie. Jeśli kogoś przestały fascynować tatuaże na rękach wokalisty, wzrok przyciągały palce Janssensa, popisowo śmigające po gryfie.

W repertuarze półtoragodzinnego występu znalazło się sporo nowych utworów, ale nie zabrakło również starszych. W tym hitu* – “Hit the City”. Spośród kompozycji pochodzących z “Blues Funeral” wyróżniało się “Ode to Sad Disco”, jakby nie patrzeć, kawałek w repertuarze Lanegana mało typowy. Pozostałe trzymały się estetyki rockowej, z mniej lub bardziej zachwycającymi popisami gitarowymi, “Ode”, jak sam tytuł wskazuje, to zabawa z disco, a ściślej elementami elektronicznymi.

Artysta nie wymigał się od bisu, a po koncercie podpisywał płyty. Choć w ponurym, rockowym repertuarze Markowi jest bardzo do twarzy, to słuchając jego głosu na żywo nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że gdybym w tej formie usłyszała “Revival”, to już ostatecznie nie mogłabym się wymigać od nawrócenia. Szkoda, że zobaczenie Lanegana z producentami znanymi jako Soulsavers nie jest tak łatwo osiągalne, jak pójście na koncert Mark Lanegan Band, których w tym roku mogliśmy podziwiać w Polsce aż trzykrotnie.

*wg: last.fm i z nazwy ;)

Katarzyna Borowiec