Polar Bear – “Same As You”

Polar Bear – “Same As You”
Leaf Label/2015

Psychodeliczny jazz.

Nigdy nie byłem na pustyni, ale już przemierzanie wydm daje poczucie odrealnienia, czającego się za kolejnym identycznym pagórkiem surrealizmu. W muzyce ma to bardzo wyraźne przełożenie niezależnie od tego, czy jest to Pink Floyd ze ścieżki dźwiękowej do “Zabriskie Point”, czy cały stonerowy ruch umownie zapoczątkowany przez Kyuss. Halucynogennych inspiracji nie przypisywałem dotąd jazzowi, który wprawdzie ma znakomitych reprezentantów psychodelicznych brzmień, ale wywodzących się raczej z ciemnych, zadymionych, wielkomiejskich klubów. Siódmy album Polar Bear zmienia jednak tę perspektywę.

Pustynne brzmienie nie jest w tym wypadku zaledwie etykietą, Seb Rochford (perkusista oraz lider Polar Bear) faktycznie spędził sześć tygodni na pustyni Mojave, pracując nad ostatecznym kształtem “Same As You”. Dla podkreślenia metafizycznego charakteru albumu, otwiera go recytowana rozprawka o tym, czym są życie, miłość oraz światło. Trąca to nieco banałem spod znaku Paulo Coelho, ale po przetłumaczeniu na nuty w pozostałych pięciu kompozycjach nabiera ogromnej siły. Przez blisko cztery minuty “We Feel The Echoes” na pierwszy plan niespodziewanie wychodzi kontrabas, wokół którego wyrasta dialog dwóch saksofonów. “Dialog saksofonów” to jedna z typowych figur pojawiających się w jazzowych recenzjach, tutaj nie oznacza jednak przeganiających się w stopniu skomplikowania solówek. To bardziej podszepty, pląsanie, kwaśny romantyzm rozpuszczający się w uszach i pod językiem. Każda kolejna minuta jest coraz spokojniejsza, coraz bardziej wyciszająca, a kiedy Rochford delikatnie uderza w werbel, można odnieść wrażenie, że detonuje ładunki wybuchowe umieszczone pod zestawem perkusyjnym.

Lider-perkusista ma w jazzowym zespole niełatwe zadanie – z jednej strony posiada potencjał do zagłuszenia towarzyszy, z drugiej musi narzucać sobie ograniczenia, żeby nie zrazić słuchacza. W “The First Steps” kompromis zostaje osiągnięty w idealnych proporcjach – Rochford nadaje charakteru kompozycji bębnieniem z pogranicza world music i free jazzu, rytm wytyczają natomiast instrumenty dęte. Jest w tym połączeniu zarówno coś pierwotnego, jak i typowo klubowy nastrój, jakby Indianin z plemienia Mohave ubrał garnitur i wskoczył na scenę Dizzy’s Club. Bez dwóch zdań najciekawszym punktem albumu jest zamykające go “Unrelenting Unconditional”. Po pierwszym przesłuchaniu ze zdziwieniem sprawdziłem, czy aby nie zaszła tu jakaś pomyłka – ścieżka niby trwa blisko dwadzieścia minut, a zdaje się kończyć po zaledwie chwili. To jeden z tych utworów, których słuchanie wyzwala wewnętrznego Paulo Coelho. Nagle wydaje się, że wraz z muzyką spływa na odbiorcę łaska dostrzegania sensu istnienia świata, ale zwerbalizowanie tego doznania wykracza poza ułomne możliwości umysłu. Trzeba zamknąć oczy i dać się ponieść.

Prawdopodobnie nigdy nie zobaczę pustyni Mojave, ale jeżeli jeszcze kiedyś wybiorę się do Łeby, to zabiorę ze sobą “Same As You” i odsłucham na szczycie największej ruchomej wydmy. Na taśmie-matce zarejestrowało się znacznie więcej niż kolejny solidny album jazzowy, poszukiwacze mistycznych wrażeń odnajdą tu duchową strawę niezależnie od preferowanego na co dzień gatunku.

Jarosław Kowal