Relacjeprzemek

Poprawnie, bez omdleń, z klimatem

Relacjeprzemek

Poprawnie, bez omdleń, z klimatem
24.11.2013/Lublin/Centrum Kongresowe UP

Relacja z koncertu Lao Che w Lublinie.

Fani Lao Che muszą stanowić specyficzną grupę, ponieważ nikt nie potrafi nadążyć nad pomysłami zespołu i w jakikolwiek sposób przepowiedzieć, co mogłoby znaleźć się na następnym krążku. Ich wcześniejsze lubelskie wizyty zawsze gromadziły rzesze fanów, a podczas jednego z nich było ich tak wielu, że paru w wyniku omdlenia wylądowało na zapleczu/garderobie. Tym sposobem mieli okazję spotkać się i porozmawiać z muzykami.

W niedzielny wieczór na Sali Kongresowej Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie przypadków omdleń nie odnotowano. Byłoby nawet nie wskazanym przegapić choć chwilę tego muzycznego wydarzenia, nawet pod pretekstem spotkania z zespołem. Ale o to też nie trzeba było zabiegać – wszyscy ci, którzy mieli na to ochotę, mogli przeczekać parę minut pod sceną, aby zdobyć autograf lub pamiątkowe zdjęcie. Koncertowo – było to moje pierwsze spotkanie z zespołem, który nie zdołał mnie wcześniej muzycznie zaciekawić. Zarówno mi, jak i innym, Lao Che kojarzy się z projektem, sławetnego “Powstania Warszawskiego”. Zespół cały czas stara się odciąć sobie łatkę tego “patriotycznego”. Efekt – na niedzielnym koncercie nie usłyszeliśmy ani jednego utworu z powstańczym zabarwieniem. Szkoda, bo po części przyszedłem tu po to, aby posłuchać tego materiału. W rekompensacie – miks utworów z czterech innych wydanych albumów.

Fragment występu, który szczególnie zapamiętałem to ten, w którym muzycy chwycili mikrofony w dłonie i zaczęli rapować, a towarzyszyło to oczywiście kawałkowi “Jestem psem”. Nie wiem tylko dlaczego akurat wykonanie tego utworu przypomina mi czasy Rahima, Magika i Fokusa. Jestem też ciekaw jak Spięty poradziłby sobie z repertuarem Paktofoniki. Podobno słuchał, to może i nawijał pod prysznicem?

Setlista dobrana perfekcyjnie, ale w ogólnej ocenie koncert wydawał mi się za mało dynamiczny. Wszedłbym tutaj w polemikę z tymi, którzy uważają, że energii było sporo. Spodziewałem się więcej szaleństwa, zrywu z wygodnych foteli, krzyków, aplauzów. Przyznam jednak, że ta forma koncertowa była dobra dla osób starszych i dzieci, a ich w niedzielny wieczór nie brakowało. Za dużo klimatu i melancholii? Nie wiem. Może powodem tego była “specyficzna” publiczność, która nie dała Lao Che rozwinąć skrzydeł.  W głównej mierze zwracając uwagę na przekaz, warstwę słowną nie poczułem się oczywiście tym faktem pokrzywdzony. Pokrzywdzeni mogą być co najmniej stali słuchacze. Teksty, przesłanie – na duży plus, muzycznie – chyba jeszcze stwierdzę za Gombrowiczem: jak zachwyca, kiedy nie zachwyca.

Mateusz Grzeszczuk

Fotografia: Katarzyna Juścińska