Posłuchajmy filmów

Posłuchajmy filmów

Gratis do relacji z festiwalu Off Plus Camera.

(Zdjęcie: “Blind”, reż. Eskil Vogt)

Po raz pierwszy na Off Camerze byłam w roku 2009. Do dziś pamiętam swoje muzyczne odkrycia. Ten piękny kawałek wyłowiony z “Medicine for Melancholy”:

I trzy tony muzyki z “Niezasłanych łóżek” – to dzięki nim zwróciłam uwagę na Tindersticks, Connana Mockasina, Kimyę Dawson…

Chyba każdy fan muzyki jest w stanie dać dodatkowe punkty za przyciągające ucho kompozycje na ścieżce dźwiękowej… i nie tylko. Jak muzykę wykorzystali twórcy filmów niezależnych przedstawionych na Off Camerze? Było czego posłuchać!

Po pierwsze muzyka jest najzwyczajniej w świecie integralnym elementem życia człowieka. Ponoć w zamierzchłych czasach wspólne śpiewanie miało odstraszyć drapieżniki od stada homo sapiens. Nie brakuje jej więc także w filmach, które przecież chwytają rozmaite aspekty naszej codzienności. I tak jak z zainteresowaniem obserwowałam coraz częstsze pojawianie się na ekranie Skype’a, rosnącą liczbę ujęć zawierających logo Apple’a i powszechną już obecność telefonów komórkowych, tak z zadowoleniem odnotowywałam bohaterów-melomanów. Czyli najpierw będzie o muzyce diegetycznej*.

Jesteś tym, czego słuchasz

Zacznijmy może od “G.B.F”, czyli “Gay Best Friend” – nieco głupiutkiej, ale bardzo radosnej satyrycznej wersji filmu młodzieżowego. Typowe amerykańskie nastolatki w szkole, czyli cheerleaderki, nerdy i dziwadła w zmaganiach z popularnością. Głównymi bohaterami filmu Darrena Steina jest para gejów – Brent i Tanner. Ten pierwszy pragnie wykorzystać swoją orientację do zdobycia sławy poprzez spektakularny coming out, ale to jego kolega, skutkiem wpadki, staje się tytułowym upragnionym przyjacielem-gejem, o którego atencję walczą szkolne divy. Perypetiom towarzyszą popowe przeboje – niezupełnie oczywiste, być może ze względu na wysokość tantiem, ale równie kiczowate: Veva, Dragonette, Tegan & Sara, a nawet Cansei de Ser Sexy ze swoim hitem “Alala”. Bo czegóż może słuchać stereotypowy gej, jeśli nie radosnego popu?

W “Circumstance” Maryam Keshavarz, opowieści o lesbijskiej miłości w konfrontacji z neofickim islamem, nastoletnie bohaterki słuchają muzyki odzwierciedlającej ich bunt. Wprawdzie nie jestem w stanie stwierdzić, jakie treści pojawiały się w rapowych piosenkach, ale brzmiały rzeczywiście niepokornie.

“Gloria”, bohaterka Sebastiána Lelio, znakomity przykład na to, że nie mądrzejemy z wiekiem i porażkowe związki mogą nas dopaść nawet po pięćdziesiątce, śpiewa wspólnie z Massiel czy Palomą San Basilio smutne piosenki o miłości po hiszpańsku. To nie tylko zabieg na miarę Pedro Almodovara, ale kolejny głos w sprawie znanej z “High Fidelity” – Did I listen to pop music because I was miserable? Or was I miserable because I listened to pop music? W finale oczywiście musiał pojawić się jej theme song – nie wiem, czy kojarzycie nazwisko Umberto Tozzi, ale na pewno znacie tę piosenkę:

W zwycięskim “Eastern Boys” również to tytułowi bohaterowie, choć tym razem nie stanowią pierwszego planu, a raczej tło historii młodego Ukraińca odnajdującego różne rodzaje miłości w ramionach starszego Francuza, rządzą muzyką. Film ocieka chamskim techno skomponowanym przez Arnauda Rebotiniego. Tak, mamy tam kilka muzycznych odcieni, ale sekwencja z imprezą jest dźwiękowo niewątpliwie najciekawsza.

Dobrze, wymieniliśmy kilka portretów bohaterów kreślonych przy dużym wsparciu muzyki, ale czy były tam jakieś interesujące utwory? Dla fanów popu, orientalnych beatów, latynoskich przebojów i techno pewnie tak. Pora jednak na ciekawsze rzeczy. Na przykład metal.

Sprawa tego gatunku okazała się dość intrygująca – spośród prawie trzydziestu filmów, jakie obejrzałam, pojawił się w dwóch i w obydwu w ten sam sposób: bez dźwięku. Ian, bohater “Love Eternal”, niezwykłego filmu o nekrofilii, deklaruje się, w harmonii do swej fascynacji śmiercią, jako fan czarnego norweskiego metalu. Z kolei poczciwy Johann z “Godzin otwarcia” jest zwolennikiem odmiany ciężkiej, wśród swoich idoli wymieniając Judas Priest. W żadnym z tych filmów nie słyszymy jednak muzyki metalowej.

Gdyby reżyser “Love Eternal” był obecny podczas spotkania z publicznością, być może wyjaśniłby brak satanicznych utworów w ścieżce dźwiękowej, producent ani aktorka nie potrafili jednak tego zrobić, odpowiedź była wymijająca. Być może jest to kwestia adaptacji – film powstał na podstawie japońskiej książki i podobno wiele zostało zmienione w sposób łagodzący całą opowieść. A szkoda, osobiście chętnie zapoznam się ze źródłem inspiracji i mroczniejszą wersją losów Iana. Tymczasem w reżyserii Brendana Muldowneya bohater podśpiewuje “Walking On Sunshine”. Brak norweskiego metalu nie uwiera mnie jednak zbytnio, zwłaszcza, że w finale dostajemy taką piękną piosenkę:

“Godziny otwarcia” również nie tracą na pominięciu muzycznych fascynacji bohatera. Film jest dedykowany artyście o wiele ciekawszemu niż twórcy heavymetalowi (przepraszam fanów heavy metalu). Vic Chestnutt wprawdzie nie pojawia się bezpośrednio, ale na koniec słyszymy jego siostrzenicę, Liz Durrett:

A w jednej z głównych ról wystąpiła Mary Margaret O’Hara, kanadyjska autorka i piosenkarka, która wprawdzie od 1988 roku nie nagrała albumu (jako aktorka ma na swoim koncie sześć filmów), ale w filmie Jema Cohena śpiewa dwie piosenki.

Ostatnią bohaterką, z którą sympatyzuję, chociaż tym razem nie przyniosła mi żadnych odkryć, jest Ingrid z “Blind” Eskila Vogta. W słuchawkach ma Sonic Youth:

Ale najładniejszym zabiegiem był ekranowy występ płyty “Bona Drag”. Ingrid jest niewidoma, nie chce wychodzić z domu, w którym czas spędza na trenowaniu pamięci wizualnej poprzez przypominanie sobie i wyobrażanie obrazów. O jej przeżyciach dowiadujemy się z historii, którą tworzy – powolnego splatania się losów Einara i Elin. Jej bohater próbuje podrywu na muzykę, mając nadzieję, że piosenka hucząca z jego słuchawek zachęci napotkaną w sklepie kobietę do nawiązania rozmowy… To sąsiadka, którą zafascynował się, kiedy obserwując jej mieszkanie naprzeciwko dostrzegł na ścianie plakat Morriseya. Album “Bona Drag” ma również w swojej kolekcji sama Ingrid – taki sam winyl jak jej zmyślony kolega. Płyta staje się przedmiotem gry w jej kolejnym wyobrażeniu – bohaterce ciągle wydaje się, że jej mąż tylko udaje wyjście z domu, w rzeczywistości zostając obok i obserwując ją w milczeniu. Gdy płyta przez przypadek wypada jej z rąk, wydaje jej się, że mężczyzna złapał ją, chroniąc przed zniszczeniem…

W środku i na zewnątrz

Być może najwięcej muzyki było w “Gabrielle” Louise Archambault, filmie stworzonym wspólnie z chórem niepełnosprawnych Kanadyjczyków o nazwie Muzy. To właśnie chórzyści są bohaterami filmu – tytułowa postać na wspólnych próbach poznaje Martina i głównym jej celem staje się udowodnienie, że pomimo syndromu Williamsa może stworzyć udany związek i odpowiadać sama za siebie. Ważnym wydarzeniem w życiu chóru staje się wspólny występ ze słynnym kanadyjskim piosenkarzem, który następuje w finale. Jednak najciekawszy utwór pojawia się poza diegezą – taki oto cover kultowego utworu Iggy’ego Popa:

I przeróbka godna, i przemieszczenie męsko-damskie o głębszym symbolicznym podłożu, bo to Gabrielle jest w tym przypadku aktywną, walczącą o niezależność stroną, w kontraście do delikatnego i romantycznego Martina.

Śpiewa też Rocky, bohater dokumentu “Blood Brother”, Amerykanin, który odnajduje powołanie w Indiach, gdzie pomaga dzieciom chorym na AIDS. Pod koniec filmu wykonuje “I Will Follow You Into the Dark” z repertuaru Death Cab for Cutie, w dosłowny sposób komentując swoją sytuację. W fianle słyszymy zaś “Can’t Make You Love Me” Bon Ivera, jakby trochę na przekór – hinduskie dzieci zdobyły miłość bohatera. Czy on sam znalazł to, czego szukał – to już pytanie na inną okazję…

Miłość odnalazł też bohater “Club Sandwich” w reżyserii Fernando Eimbcke. To bardzo ładna opowieść o dorastaniu i relacji między matką i synem, w której uśmiech wywołuje już czołówka, okraszona coverem “Where Is My Mind” z repertuaru Pixies.

Krajobraz w muzyce

Ale muzyka w filmie to także silna broń w walce o budowanie nastroju. Podczas tegorocznego festiwalu pojawiło się kilka świetnie skonstruowanych muzycznych pejzaży.

Warto wspomnieć o “Pożądaniu” Lisy Azuelos, uroczej opowieści o romantycznej ideologii i wyobrażeniach lepszych od rzeczywistości. Ścieżka dźwiękowa zawierała wprawdzie i taki straszny kicz, jak piosenki Robbiego Williamsa, ale owe popowe przeboje pasowały do słodkiego nastroju idealnie. Dodatkowy plus za ten kawałek w czołówce:

Duszną atmosferę afrykańskiej mniejszości mieszkającej w Nowym Jorku świetnie uchwycił Andrew Dosunmu, reżyser filmu “Mother of George”. Pomogły mu w tym sprawnie dobrane kompozycje – oprócz, rzecz jasna spodziewanych, intensywnych afrykańskich rytmów usłyszeć tu można wciągające utwory na instrumenty dęte, przywodzące na myśl Colina Stetsona. Odpowiedzialny za nie jest Philip Miller.

Wspaniałej ścieżki dźwiękowej i pięknych zdjęć można było spodziewać się od twórców z Głębokiego Offu, którzy zajmują się teledyskami. I pod żadnym z tych względów “Hardkor Disko” nie zawodzi. Mamy tu genialnie sprawdzające się połączenie piosenek współczesnych – wśród których znalazł się refleksyjny kawałek Łony, “Nie pytaj nas” czy bardzo interesująca, a mniej znana Mary Komasa – z klasyką, taką jak “Co mi panie dasz” Bajmu i fantastycznie wygrany w finale utwór z repertuaru Anny German, “Warszawa w różach”. Nawet nieco zbyt dosłowne “Ratuj swoją duszę” Dezertera do sceny imprezy pasowało mimo wszystko super. Perfekcyjnie zrealizowana strategia starcia pokoleń widoczna już w tytule.

Film, który najbardziej urzekł publiczność, w tym mnie, to “Wilgotne miejsca” Davida Wnendta. Kontrowersyjny, perwersyjny, bezkomprowisowy, a jednocześnie bezpretensjonalny i w pewien sposób… lekki. Fizjologia podana z humorem, choć przymrużenie oka jednocześnie nie jest bagatelizujące. Na ekranie urzeka śliczna Carla Juri w roli niepokornej Helen, na ścieżce dźwiękowej królują niepokorne kobiety – jest na przykład “Fuck the Pain Away” Peaches, jak najbardziej adekwatne do tematu, i doskonałe na finał “Come Into My Mouth” Thee Headcoatees:

Na drugim miejscu w mojej osobistej klasyfikacji uplasował się film “Vis-a-Vis” uroczego chorwackiego reżysera, Nevio Marasovicia. Po projekcji pan przyszedł odpowiedzieć na pytania publiczności i opowiedział nam o procesie tworzenia filmu – a był on dosyć radosny i spontaniczny, co wpłynęło pozytywnie na efekty końcowe. “Vis-a-Vis” to mój ulubiony meta-film, czyli film o filmie (proszę wyrzucić natychmiast wszystkie skojarzenia z reżyserką “Big Love”, dziękuję). Na Off Camerze mieliśmy jeszcze “Metabolizm” Porumboiu, dosyć nurzący, choć z ciekawym formalnie zabiegiem równej długości ujęć. Film Chorwata wygrywa jednak dzięki pięknie rozwijającej się relacji między reżyserem a aktorem, która jest tutaj głównym tematem. No i ścieżka dźwiękowa – i tu też radosna historia: montażem na pierwszym etapie zajmował się sam Marasović, który popełnił znany filmowcom błąd. Otóż montował sobie materiał beztrosko pod muzykę, do której nie miał praw autorskich… Na szczęście okazało się, że Andrew Bird nie miał nic przeciwko wykorzystaniu jego utworów i praktycznie za darmo udostępnił je twórcom “Vis-a-Vis”.

Innym miłym do oglądania filmem okazał się “The East” (reż. Zal Batmanglij), choć to trochę bajeczka w stylu Hollywood. Historia opowiedziana jest jednak niezwykle sprawnie, zwroty akcji są tam, gdzie być powinny, punkt kulminacyjny dostarcza odpowiedniej dawki emocji, z bohaterką można się utożsamić, pozostałe postaci polubić. Fabuła dotyczy organizacji anarcho-ekoterrorystycznej i podwójnej agentki, która zaczyna mieć dylemat moralny. Jak to w bajkach bywa okazuje się, że dobro zwycięża, acz wiktoria nie jest aż tak drażniąco banalna, by popsuć frajdę z oglądania. A wątek miłosny doprawiony jest prześlicznym utworem The National:

W serii Eko/Ego, do której należał na Off Camerze “The East” pełno było też oczywiście filmów dokumentalnych. W jednym z nich, “A Fierce Green Fire”, o historii ruchów pro-ekologicznych, znalazłam takie cudo:

If you visit American city, You will find it very pretty. Just two things of which you must beware: Don’t drink the water and don’t breathe the air!

Reszta soundtracku też była przyjemna, choć już bardziej przewidywalna – nuty z lat 60., złotej ery ekologów w Stanach Zjednoczonych, czyli piosenki w stylu “Yellow Taxi” Joni Mitchell.

Sprytnym zabiegiem posłużyła się Katie Aselton, do swego filmu “Black Rock” dodając “Future Starts Slow” The Kills, kawałek niezwykle chwytliwy, który sprawia, że o całości zapomnieć trudniej, niż by się chciało. Trochę ciężko ocenić, czy jest to thriller robiony z przymrużeniem oka, ale raczej obstawiam, że zamiarem reżyserki nie było wzbudzanie śmiechu, który podczas projekcji na festiwalu Off Camera brzmiał dość często, zwłaszcza w drugiej połowie. Jest to dość krwawa przygoda trzech przyjaciółek – na byłych żołnierzy trzeba bardzo uważać. No i oczywiście wszelkie opuszczone wyspy bez zasięgu telefonicznego szczerze odradzamy. Najbardziej popisowa jest scena, w której bohaterki biegają nago po lesie w świetle księżyca – jakoś tam uzasadniona, ale i tak robiąca wrażenie wstawionej do filmu z potrzeby, za przeproszeniem, pokazania gołej baby. A szkoda, bo miał potencjał do przedstawienia fajnych, silnych bohaterek kobiecych.

Inna reżyserka, Claire Denis, zaprosiła do stworzenia ścieżki dźwiękowej Tindersticks, z którymi zresztą współpracuje nie od dziś. Gęsta atmosfera muzyki zespołu i aksamitny głos wokalisty bardzo dobrze pasują do tego mrocznego francuskiego ekstremizmu. Ale to również przykład filmu, którego nawet atrakcje na ścieżce dźwiękowej nie są w stanie podratować.

Były też nazwy mylące – “She’s Lost Control” o chyba najgłupszej metodzie terapeutycznej, o jakiej dane mi było usłyszeć, nie ma niestety nic wspólnego z Joy Division. Podobno “Something Must Break” miało, ale nasłuchałam się zbyt wielu negatywnych opinii o tym filmie, by mieć odwagę to sprawdzić.

O muzyce po prostu

Nie zabrakło też na Off Camerze filmów dokumentalnych o muzyce – był “The Punk Singer” o Kathleen Hanna, był też film brata wokalisty The National. “Mistaken for Strangers” może rozczarować tych zwabionych zespołem, bo muzyki czy ciekawostek na temat samej grupy nieco brakuje. Jest to jednak ciekawy film na temat filmów dokumentalnych oraz relacji braterskich, kwestii talentu, spełnienia, życiowych wyborów, czy wreszcie wizji postaci muzyka, jaką posiadamy i jej przystawalności do rzeczywistości…

Warty polecenia jest film “O krok od sławy”, z którego dowiadujemy się, jakim dupkiem był Phil Spector. Poprzez losy chórzystek (i kilku chórzystów, chociaż jeden pojawia się w ramach bohatera zbiorowego, a śpiewu drugiego nie słyszymy…) patrzymy na amerykański biznes muzyczny. To dobra odskocznia do refleksji na temat roli muzyka, śpiewania jako zawodu i tego, co rozumiemy przez sukces. Usilne dążenie chórzystek do bycia wokalistkami, najlepiej o statusie gwiazdy, nieco zdumiewa, ponieważ w większości przypadków ich płyty są jawnym dowodem na to, że najlepiej spełniają się jako część większej całości… Choć takie numery, jakie wykręcał wspomniany producent, nie zachęcają do kontynuowania tej ścieżki, na której niewielu zostaje docenionych.

Jak widać Off Camera to uczta muzyczna nawet i bez OffSceny!
(Kilka słów o OffScenie tutaj).

*dla wszystkich dalekich od filmowej nerdozy: diegeza – świat przedstawiony filmu

Katarzyna Borowiec