Relacjeprzemek

Post-rockowa Mekka

Relacjeprzemek

Post-rockowa Mekka

Czyli o Dunk!Festivalu 2015.

Od dwóch dni biję się z myślami jak opisać tegoroczną edycję Dunk!Festival. Bo cokolwiek bym nie napisała to ciągle za mało. Że wspaniale, że ciepła atmosfera mimo deszczu, że ciarki na plecach, że to najwspanialsze miejsce, w które chce się wracać co roku – to wszystko w najmniejszym stopniu nie oddaje tego cudownego zjawiska jakim jest Dunk!. Muzyka tu miesza się z przyjacielską atmosferą, która jest dziełem po równo organizatorów jak i uczestników. Zottegem na te 3 dni staje się post-rockową mekką, w której człowiek czuje się jak w domu, i z której ciężko wrócić do rzeczywistości. Dunk, to po prostu festiwal, którego rozmiar jest odwrotnie proporcjonalny do jakości!

Muzyka przede wszystkim

Zacznijmy od pochwał, bo to przyjemniejsze. Na moje top 5 tegorocznej edycji składają się dwa zespoły z Belgii, dwa z Azji i jako wisienka na torcie długowyczekiwani Amerykanie (kolejność przypadkowa). Belgowie to pierwszy i ostatni koncert jaki udało mi się zobaczyć na 11. Dunk!Festiwalu – odpowiednio Celestial WolvesIlydaen. Ci pierwsi to czarujący, melodyjny post-rock, który momentami zabarwiony jest nieco mocniejszymi uderzeniami. Podobnie jest w przypadku tych drugich, choć Ci wolą romansować z math-rockiem niż stonerowymi klimatami. Na niezwykły klimat koncertu Ilydaen wpłynął również fakt, że zamiast na scenie, panowie pojawili się na środku publiki i skąpani w niebieskim świetle porwali wszystkich zgromadzonych.

Silną reprezentację Azji stanowili Chińczycy z Wang Wen oraz Japończycy z MONO. Wang Wen zachwycili nie tylko nastrojem ale również granymi na żywo dęciakami oraz kombinacją gitary i śrubokrętu. MONO natomiast to klasa sama w sobie, poważni profesjonaliści, którzy potrafią roznieść scenę nawet siedząc na taboretach a ich brzmienie jest niezwykle potężne. Tym, którzy jeszcze nie mięli przyjemności obcowania z muzyką MONO na żywo polecam wybrać się na jesieni do Proximy i przekonać się jaką moc mają w sobie.

Jako ostatni w mojej czołówce znajdują się Caspian. Wiem, że panowie już nie raz odwiedzali nasz kraj, mimo wszystko nigdy nie było nam po drodze. Na szczęście udało mi się to w końcu nadrobić właśnie w Zottegem. Najwyższy człowiek świata post-rocka z kamienną twarzą i przy tym niesamowitą gracją wprowadzał słuchaczy w magiczny świat Caspian. Z utworu na utwór coraz mocniej i coraz dosadniej. Jako ostatnie pojawiło się “Sycamore” zakończone na 5 bębnach. Moment, który na pewno na długo pozostanie mi w głowie.

Główne nagrody przyznane, czas na wyróżnienia. Za niesamowitą energię sceniczną (a tej przecież w post-rocku nie brakuje) zasługują Solkyri – Australijczycy do perfekcji opanowali sztukę budowania ścian dźwięku. Pięknie wypadli również Cordyceps, którzy w morzu gitarowych fal wprowadzili trochę elektronicznego urozmaicenia. Ich połamane i zarazem melodyjne brzmienie stanowiło idealną chwilę wytchnienia. Z klawiszami romansowali natomiast Tangled Thoughts of Leaving, którzy balansowali na granicy post-rocka, noise’u i jazzu. Zaskakujące było również połączenie słonecznej polanki w lesie oraz dronów jakie zaserwował nam na specjalnym koncercie thisquietarmy, znany dunkowej publiczności choćby z zeszłego roku. Tym razem, podobnie jak poprzednio, był to masywny, imponujący koncert. Jako ostatnia na tej liście znajdzie się Helen Money. Kiedy widziałam ją supportującą MONO w listopadzie w warszawskiej Hydrozagadce, jej popisy na wiolonczeli wydawały mi się przerostem formy nad treścią. Tym razem zrozumiałam kunszt pani Money. Te połamane dźwięki mają bowiem w sobie niesamowitą magię. Do dwóch razy sztuka!

Na listę pochwał niestety nie załapało się parę zespołów. Pierwszy z nich to The Ocean. Takie post-metale z darciem mordy to jednak nie moja bajka, za dużo machania głową i plucia do mikrofonu. Nie zachwycili Jakob, którzy bardziej znużyli, niż ponieśli. Zawiodłam się również na The Eye of Time. Człowiek-orkiestra w masce, który sam za pomocą loopów budował swoje utwory zapowiadał się dobrze, wyszło jednak niestrawnie i męcząco.

Na koniec pozostaje mały niedosyt. Głównie spowodowany tym, że po pierwszym koncercie dnia trzeciego musiałam złożyć swój namiot i wracać do Polski (chyba nigdy nie będzie mi dane zobaczyć Maybeshewill). Trochę tym, że na następną edycję trzeba czekać cały rok. Ale pozostają też piękne wspomnienia. I tego się trzymajmy!

Zapraszam do Zottegem

Chyba już po zeszłorocznej edycji rozpływałam się nad tym jakim Dunk! jest przyjaznym festiwalem. Jest darmowe pole, śniadania i kawa. Są legendarne dunkowe frytki, których dostaniesz dokładkę jeśli w dosadny sposób przekażesz, że YOU WANT IT. Jest wyśmienite piwo w pięknych, ekologicznych dunkowych kubeczkach. Są sympatyczni gospodarze, w tym sam ojciec założyciel, który uśmiecha się radośnie do wszystkich. Jest merch, w którym zostawisz swoje roczne zarobki, ale to nic nie szkodzi, bo będziesz się żywił tą piękną muzyką, którą ze sobą przywieziesz. Jest kulejący pies, czyli maskotka całego festiwalu. Są znajome twarze i te, które będą znajome dopiero za rok.  Jest szalony festiwalowy Belg, który na obu przedramionach ma chyba całą europejską historię festiwali z ostatnich 20 lat. I który niezawodnie w pierwszym rzędzie urządza sobie air-guitar show. I w końcu, jest to uczucie, że jest się w miejscu, w którym być się powinno. Jest się w domu!

Tak więc tradycyjnie. Do zobaczenia za rok Dunk!

Gosia Lewandowska