Relacjeprzemek

Pozycje na Dybdahla: na kucaka, po turecku, pod ścianą

Relacjeprzemek

Pozycje na Dybdahla: na kucaka, po turecku, pod ścianą
Warszawa/27.10.2014

Thomas Dybdahl wystąpił w warszawskim Skwerze.

Budapeszt ma swój klub muzyczny o nazwie “Dziura”. Krzysztof Varga pisał, że przyjeżdżają tam depresyjni artyści, na których występy przychodzą podstarzali alternatywnowcy. To właśnie w tym miejscu muzyka prezentuje się w “muzealnej formie”, gdzie możesz cofnąć się 25 lat wstecz. Nie jestem Warszawiakiem, nie wiem czy stolica ma takie miejsce, ale chciałbym właśnie tam usłyszeć Thomasa Dybdahla. Takie utwory jak “But We Did” czy “This Love Is Here to Stay” dopominają się o ciasnotę, o muzyczny “multipleks”, gdzie w jednym rogu stoją klubowe kontenery na śmieci, w drugim stoi rozhisteryzowana romantycznie para. Gdzieś jeszcze ktoś został przy barze, gdzie indziej namawiają muzyka do zagrania utworów z cudzego repertuaru. Thomas chyba nie miałby z tym problemu, bo nawiązywał świetny kontakt z publicznością, czego wynikiem były wycieczki w prywatne historie muzyka. Jest sobie taki Arkadiusz Glensk, który “przemilczy” z audytorium cały wieczór, jest sobie Thomas, który mógłby stać się twoim dobrym kumplem. Z tym, że pierwszy na koncercie zasłużył na świeczki i poduszki na podłodze, inna grupa ludzi wypróbowywała oficjalne pozycje na Dybdahla: na kucaka, po turecku i pod ścianą.

Najbardziej trafne zabiegi? Norweski songwriter  zaprosił publiczność do śpiewania “Cecilii”, świetne na żywo “One Day You’ll Dance for Me New York City” oraz moje ulubione “Love Story”, przy którym rozpłynęła się żeńska część publiczności. Dybdahl nie gwiazdorzy i potrafi wytworzyć specyficzną atmosferę. Pomimo brody nie nazwałbym go nawet muzycznym jaskiniowcem. Jego piosenki nie porywają, on sam nie posiada dzikiego temperamentu, jednakże nadrabia charyzmą, ktoś też mógłby powiedzieć: Thomas nie zamula. Wejście do Skweru nie równało się zejściem do muzycznego szlamu. Ba! Thomas wybronił nawet odpowiedzialnych za hałaśliwe”warczenie” zza baru. Przelotu “Jet plane” nie było, jedynie produkcja cappuccino. Niektórzy jednak zdołali odlecieć gdzieś w okolice Fiordów, tylko temperatura była znacznie wyższa.

Przeczytaj  naszą relację z Gdańska – 26.10.2014

Mateusz Grzeszczuk