Prince – “Plectrumelectrum” & “Art Official Age”

Prince – “Plectrumelectrum” & “Art Official Age”
Warner Bros./2014

Książę wraca z wygnania.

Nigdy nie byłem ani wielkim wielbicielem, ani przeciwnikiem Prince’a, więc jednoczesna premiera dwóch dużych albumów nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Przyznam też, że ostatnim materiałem Księcia, który przesłuchałem od dechy do dechy było “Musicology” z 2004 roku i nie bez kozery zrobiłem sobie dekadę przerwy…

Mam świadomość jak wielu pasjonatów Prince’a zamieszkuje Polskę (czego dowodem jest chociażby wieloletnia kampania na rzecz ściągnięcia go nad Wisłę) i jak bardzo fanatycy Apple besztający użytkowników pecetów są przy nich niczym dziesięcioosobowa pikieta przed koncertem Behemoth. Zaznaczam więc, że szanuję autora “Little Red Corvette”, “Purple Rain” i wielu innych hiciorów, ale jego współczesnej działalności (także pozamuzycznej) kompletnie nie kupuję. Już sama polityka obrażania się na YouTube (na oficjalnym kanale artysty uświadczyć można wyłącznie klip do najnowszego singla – “Breakfast Can Wait”) i wnioskowanie o delegalizację nagrywania coverów pokazują, że Prince wciąż żyje w latach 80.

W pierwszej kolejności przesłuchałem “Art Official Age” – solowy album, którego brzmienie doskonale oddaje przeterminowaną o trzy dekady mentalność jego autora. Wyjątek stanowi wstęp, czyli dziwadło zatytułowane “Art Official Cage”. Znacie ciężkie przypadki czterdziestolatków w młodzieżowych ciuchach, otaczających się gadżetami i mówiących wydumanym przez nich slangiem nastolatków? Mam wrażenie, że ten utwór został skomponowany na takiej samej zasadzie  – nagromadzono nieco schematów zaczerpniętych z list przebojów i zmiksowano je w niezdatny do słuchania koszmarek. Na szczęście ten fatalny eksperyment nie rozciąga się na cały krążek i już w “Clouds” słuchacze dostają funkowo-popowy klasyk w charakterystycznym dla Księcia stylu.

Kilka kolejnych kompozycji zaciera ślad po fatalnym pierwszym wrażeniu i sytuuje “Art Official Age” w czasoprzestrzeni z okresu wojny Prince’a przeciw wytwórni Warner Bros. (z którą niedawno ponownie związał się kontraktem). Wokalista pragnął wówczas jak najszybciej dopełnić postanowień umowy, w związku z czym nagrywał fatalne piosenki byleby tylko zakończyć niewygodny związek. Teraz – używając języka kina – dokonał swoistego rebootu i jest jak Christian Bale przywracający honor Batmana po fatalnym występie George’a Clooneya. Sądzę, że niewielu artystów dostałoby zielone światło od muzycznego potentata na wydanie tego typu materiału. W 2011 roku Bootsy Collins zaprezentował rewelacyjny funkowy album “Tha Funk Capital of the World”, na którym gościnnie wystąpili m.in. Snoop Dogg, Samuel L. Jackson czy George Clinton. Znowu narażę się miłośnikom Księcia, ale w moim odczuciu było to znacznie ciekawsze wydawnictwo niż “Art Official Age”. Nie każdemu wolno jednak sięgać do źródeł przy niezmiennie dużym zainteresowaniu mediów i wydawców. Co jednak najważniejsze, Prince nagrał najlepszy album od lat i chociaż osobiście wracać będę najwyżej do “Funknroll” – najbardziej dynamicznego momentu na krążku, który w nieco odmienionej wersji obecny jest także na drugim nowym albumie – czuję, że fani będą wniebowzięci.

Drugie premierowe wydawnictwo – “Plectrumelectrum” – zostało zarejestrowane wraz z zespołem 3rdeyegirl, który od blisko dwóch lat wspiera Prince’a podczas koncertów. Jak nie trudno się domyślić, konsekwencją udziału rockowego tria w nagraniach jest przypomnienie, że Książę nie tylko świetnie operuje głosem, ale również gitarą. Niemalże każda z obecnych tu melodii deklasuje dokonania legendy popu z ostatnich dziesięciu lat, a utwory pokroju “Aintturninround” czy instrumentalne “Plectrumelectrum” powodują, że bez taryfy ulgowej uznaję Prince’a A.D. 2014 za zaskakująco interesującego. Zdarzają się słabsze momenty (np. czerstwa ballada “Whitecaps” zaśpiewana przez perkusistkę, Hannę Ford), a poza solówkami niemal wszystkie partie są banalnie proste, ale takie oblicze dawnego tytana popu jest dla mnie zdecydowanie bardziej przyswajalne.

Blisko sto minut nowego materiału Prince’a nie zaskakuje ani pomysłami, ani refleksją nad współczesną muzyką. Jedyne zaskoczenie to nagranie solidnych albumów przez artystę, którego wielu zdążyło zaszufladkować jako upadłą gwiazdę odcinającą kupony od dawnej sławy.

Jarosław Kowal