Purity Ring – “Another Eternity”

Purity Ring – “Another Eternity”
4AD/2015

Flirt z głównym nurtem.

Do tej recenzji przymierzałam się chyba tak długo, jak Purity Ring do koncertu w Polsce – ale skoro w końcu zawitali do Warszawy, to najwyższy czas i na ten tekst. W “Shrines” (recenzja) zakochaliśmy się całą redakcją. Druga płyta zespołu, który jest czymś na miarę objawienia zawsze wiąże się z mieszaniną lęku i nadziei. Wyszło całkiem zgrabnie, chociaż tradycyjnie ciężko stwierdzić, czy to, że dostajemy nie to, czego oczekiwaliśmy, jest plusem czy minusem.

“Another Eternity” różni się przede wszystkim klimatem. Nie ma tutaj dusznej atmosfery debiutu, dziwnie uwodzących historii, wkręcania słów w ciało. Jest jaśniej, bujamy się do przestrzennych rytmów o większej sile rażenia. Podmiot liryczny Megan James dorósł i wyszedł z zaczarowanego świata w meandry relacji damsko-męskich (lub innych miłosno-partnerskich). Nie znaczy to, że tekstowo nie jest wciąż czarująco – trochę brakuje zabawy z brzmieniami czy wszechobecnych cielesnych metafor, ale frazami typu I can taste your vulnerable parts wokalistka również potrafi dobrać się nie tylko do uszu.

Pierwsza część płyty jest w miarę spokojna – zaczynamy od westchnień i płaczu, od razu uderza w nas elektronika podbita trapowymi beatami wwiercającymi się pod skórę. Potem powoli pojawiają się zabawy z wokalami tworzące ciekawe warstwy muzyczne w tle. W połowie, od “Begin Again”, które dłuuugo miałam na zapętleniu, zaczynają się bangery (pląsacze?). Corin uderza w nas pogłosami i mnóstwem mocnych uderzeń. To taniec na granicy – zabawa z tanimi hitami jest wyraźnia, w takim “Flood on the Floor” dosłuchałam się elementu, który wywołał mi z dzieciństwa duch rapera o wdzięcznej ksywce Nana. Jak powiedział sam twórca podkładów, to brzmi tak, jak mogłaby brzmieć muzyka rozrywkowa. Gdyby najpopularniejsze stacje radiowe mogły znieść coś odrobinę bardziej wysublimowanego niż proste łupanki z tekstami o ruchaniu.

Bujam się więc z Purity Ring od “Stranger than Earth” aż do rytmu pędzącego niczym stado koni w “Sea Castle”. Przy “Stillness in Woe” robi mi się tęskno za “Shrines”, bo to trochę kawałek tamtej krainy, wyciszony, z wysokimi dźwiękami przypominającymi rozpaczliwe zawodzenie. Ale nie ma co płakać, tu też jest całkiem fajnie.

Katarzyna Borowiec