Purity Ring – “Shrines”

Purity Ring – “Shrines”
4AD/ 2012

Podskórny mrok.

To z pewnością jeden z najbardziej wyczekiwanych debiutów tego roku. I zdecydowanie taki, na który warto było czekać. Purity Ring cieszą się, kiedy dziennikarze muzyczni nazywają ich muzykę future popem. Określenie wydaje się uzasadnione – dźwięki, jakie tworzy dwójka z Kanady mają w sobie chwytliwość niemal radiowych przebojów, stanowiącą element układanki, w której bardzo kreatywnie wykorzystane są najnowsze trendy muzyki elektronicznej.

Corin Roddick, połowa duetu zajmująca się muzyką, pod migotliwe plumkania i słodki głos Morgan James wkłada dubstepowe basy. Słychać inspirację hip-hopem, czasami wokal mógłby być z powodzeniem zastąpiony rapem. Z modyfikowanych wokali robi praktycznie niezależny instrument, wykorzystując je w bardzo ciekawy sposób w każdej z jedenastu kompozycji na “Shrines”. Piosenki są na pozór lekkie i przyjemne jak popowe przeboje, z melodiami, które można nucić cały dzień (najtrudniej się uwolnić od “Fineshrine”). Czają się w nich jednak składniki, które sprawnie przełamują tę estetykę. Ponure, niskie dźwięki zaczynają dominować w połowie albumu, od “Cartographist”, chociaż nigdy w pełni nie zmieniają nastroju. Słuchanie Purity Ring przypomina trochę czytanie baśni – niby są dla dzieci i wszystko dobrze się kończy, ale w międzyczasie krwiożercze wilki pożerają połowę rodziny, siostry Kopciuszka odżynają sobie pięty, a złą królową w finale torturuje się w okrutny sposób. Nie mówimy tu oczywiście o lukrowych wersjach Disneya, tak jak nie słuchamy wylizanej muzyki gwiazdek wielkich wytwórni, ale dźwięków pełnokrwistych, tworzonych z pasją.

Baśnie i krew pojawiają się tu nieprzypadkowo. Kolejny elementem, który w zachwycający sposób wzbogaca bity Roddicka są teksty James. Śpiewane słodkim głosikiem, modulowanym na różne sposoby i zniekształcanym przez elektronikę (co bardzo przypomina The Knife) słowa często zdają się zupełnie do niego nie przystawać. Dużo tutaj kości, często połamanych, podziurawionej skóry, fascynacji ludzką cielesnością. Przy tym wszystko jest małe: my little ribs, little belly. Wokalistka przy tworzeniu słów piosenek korzystała z dzienników, które pisze od lat, wykorzystując również te z dzieciństwa. Jak przyznaje, wbrew pozorom – nie ma tam typowego sentymentalizmu i prosto wyrażonych emocji – są to teksty bardzo osobiste i dosyć intensywnym przeżyciem jest słuchanie publiczności śpiewającej treści jej prywatnych zapisków. “Tworzenie słów” jest w przypadku Morgan James również dosłowne: bawi się ona wyrazami, zniekształcając ich brzmienie, co przydaje im nowych znaczeń, ale także wtapia je bardziej w muzykę, jednoczy z wokalami modyfikowanymi. Zabieg ten widoczny jest już w tytułach.

Bardzo ciekawy jest dialog, jaki w “Grandlovers” Morgan podejmuje z wokalistą Young Magic. Fragmenty “You With Air” skontrastowane z tekstami Purity Ring podkreślają oryginalność tych ostatnich. You’re stone when you’re holding me śpiewa Isaac Emmanuel, a James odpowiada mu I’ll stick red toothpicks in my dirt filled heart. Sanktuaria powoli się wyciszają, zamykając swoje wrota “Shuck”, w którym Morgan śpiewa niemal a capella, z towarzyszącym jej modyfikowanym chórem i wchodzącym później dźwiękiem niczym z “Take My Breath Away”. Płyta jest bardzo spójna – jest jedną, ale nie jednolitą, opowieścią. Opowieścią niezwykle wciągającą.

Katarzyna Borowiec