Relacjeprzemek

Purity Ring w warszawskim klubie Proxima

Relacjeprzemek

Purity Ring w warszawskim klubie Proxima

W lesie kolorowych świateł.

Czekałam na ten koncert od stycznia – chęć zobaczenia duetu na żywo pojawiła się od razu po przesłuchaniu genialnego debiutu, podkręcił ją jeszcze odwołany występ podczas Off Festivalu, ale dopiero w styczniu tego roku Corin potwierdził mi, że występ w Polsce na pewno się odbędzie. I w końcu się udało, a czekać zdecydowanie było warto.

Proxima to klub studencki, bardzo sympatyczny, w którym miałam już okazję widzieć koncerty IAMX i Franka Turnera (tzn. pojechałam głównie na Andrew Jackson Jihad). Tym razem support nie był bardziej interesujący niż główna gwiazda. Empress Of, czyli projekt uroczej Lorely Rodriguez opisywany jest jako klimaty dream popowe, ale wystarczy odpalić pierwszy lepszy kawałek na YouTube, żeby podważyć tę etykietę, a po obejrzeniu koncertu odlepia się już całkiem. Piosenki może i śpiewa słodkim głosem, ale podkłady ma mocno elektroniczne i do tanecznego elektro znacznie lepiej ją przypisać niż do rozmarzonego popu. Na scenie towarzyszyło jej dwóch panów, jeden za syntezatorem o pokaźnych gabarytach i drugi obsługujący perkusję. Mocne rytmy, czasem lekko chaotyczne dla urozmaicenia, kilka spokojniejszych kawałków. Głosem Lorely przypomina trochę Katie Stelmanis z Austry, która przypomina Karin Dreijer (The Knife, Fever Ray), i tak pewnie doszlibyśmy aż do matki kobiet śpiewających w towarzystwie elektronicznych dźwięków, czyli Bjork. W każdym razie jest ładnie, ale szału nie ma.

Szał zrobili Purity Ring – na koncercie jest wszystko, czego się spodziewacie i jeszcze więcej, czyli: oprawa wizualna tego występu nie jest adekwatnie pokazana na żadnym nagraniu. Tam trzeba być. I nie warto zapośredniczać sobie wrażeń przez ekran smartfona, jak to zrobiło sporo osób, nagrywając cały czas słabej jakości filmiki.

Wygląda na to, że na calutkiej trasie zatytułowanej od nowego albumu “Another Eternity” setlista jest taka sama. Może to dlatego, żeby z góry zaprogramować odpowiednio wszystkie te szalone efekty świetlne? Duet stał w lesie sznurów światełek ledowych, które tworzyły olśniewającą oprawę. Każdy utwór miał swoje kolory, a systemem sterowała pani z miejsca akustyków. Światełka migotały przy delikatniejszych kawałkach, jak “Heartsight” czy “Obedear” w pierwszej części koncertu, oślepiały ekstatycznym blaskiem w mocniejszych momentach, jak kulminacja w “Stranger than Earth”, od którego zaczęliśmy, czy hitowe “Fineshrine” na koniec.

Utwory z nowej płyty sprawdzają się na żywo świetnie, dając energetycznego kopa i zmuszając do tańca. Na szczęście nie zabrakło też klimatycznych fragmentów “Shrines” – pojawiły się: urzekające “Obedear”, migoczące “Lofticries”, dziwny klimat “Belispeak” i jeszcze “Crawlersout”. Oprócz ledowego lasu na scenie był oczywiście świetlny instrument Corina, na którym wygrywał melodie, czasami zwracając dzięki temu uwagę publiczności na jakiś podskórny element danego utworu. Głos Megan momentami troszkę ginął w natłoku dźwięków, zwłaszcza na początku, potem udało się to już naprawić. Nigdy za to nie ginęła sama wokalistka – z charakterystyczną fryzurą a la grzyb atomowy, która genialnie pasowała do jej własnoręcznie zaprojektowanego kostiumu (Corin również był ubrany w tego typu strój, choć prostszy) – białego kombinezonu ze spiczastymi wykończeniami na ramionach.

Płyta “Another Eternity” została wykonana w całości – w zmienionej kolejności, przeplatana kawałkami z pierwszego albumu. Wszystko sprawdziło się świetnie, a najpiękniejsze momenty zostały oczywiście zachowane na finał. “Stillness in Woe” zaczęło się przy scenie zalanej granatowym światłem, z przodu pojawił się rząd punktowych reflektorów skierowanych do góry. I tutaj zespół zastosował genialny w swej prostocie trick – Megan założyła rękawiczki, w których były lusterka, dzięki czemu dłońmi mogła manipulować ze strumieniami świateł. Efekt – przepiękny.

Ostatnim utworem, jaki zagrał duet był “Begin Again”, piosenka niesamowicie chwytliwa, którą z Megan śpiewali wszyscy. Zespół był oczywiście publicznością zachwycony i obiecał powrót (Megan przyszła też po koncercie podpisywać płyty i pozować do zdjęć). Trzymam kciuki za spełnienie tej obietnicy!

Katarzyna Borowiec
fot. Anna Lenarcik