Relacjeprzemek

Pustynia w Fonobarze

Relacjeprzemek

Pustynia w Fonobarze

Gorąco, duszno i piaszczysto.

Od kilku lat konsekwentnie do Polski przyjeżdżają legendy pustynnej odmiany stoner rocka. Był Brant Bjork, Yawning Man, John Garcia grający piosenki Kyussa, Fu Manchu, Nebula. Z funkcjonujących nadal  zespołów brakowało tylko Fatso Jetson. Do ostatniego weekendu.

Przed Amerykanami zagrało sochaczewskie trio, Sun Frenzy. Co można o nich napisać? Jak prawie każdy stonerowy zespół byli kopią Kyussa. Pustynne granie ostatnimi czasy staje się coraz popularniejsze w Polsce, ale nowopowstające zespoły bardzo rzadko prezentują coś ciekawego. Oczywiście, stoner rock nie jest innowacyjnym gatunkiem, ale zżynać z Kyussa trzeba umieć, a to się nie udało Sun Frenzy.

Fatso Jetson to zupełnie inna bajka, kładli podwaliny pod ten gatunek, więc o żadnym kopiowaniu nie mogło być mowy. Ciężkie piaszczyste riffy łączyli z bluesem, surf rockiem i odrobiną jazzu. Szkoda tylko, że przyjechali bez grającego na saksofonie i harmonijce ustnej Vince?a Meghrouniego, który nadawał ich utworom niepowtarzalnego smaczku. Zamiast niego skład (od lat Mario Lalli, Larry Lalli i Tony Tornay) uzupełniał Dino Lalli, grający na gitarze rytmicznej. Często rozimprowizowanymi utworami Fatso Jetson nie mieli żadnego problemu, by wywołać aplauz publiczności. Nielicznie zgromadzonej, co miało swoje wady i zalety. Wadą oczywiście był fakt, że na tak zasłużony zespół przyszła garstka ludzi. Zaletą, że wszyscy wiedzieli, jakiego formatu zespołem jest ten kwartet. A ci postarali się, by nikt nie wyszedł z Fonobaru niezadowolony. Były i ich hity, jak “Light Yourself on Fire”, były utwory z prawie wszystkich płyt zespołu, było sceniczne szaleństwo, ale i wielki profesjonalizm.

Warunki atmosferyczne sprzyjały temu występowi, w Warszawie gorąco, w klubie jeszcze goręcej i duszniej, a już po zakończeniu potężna burza. Choć gdyby to było naprawdę na pustyni, to by mnie tak nie zmoczył deszcz.

Michał Wieczorek