Relacjeprzemek

Red Fang i Turbowolf we Wrocławiu – relacja

Relacjeprzemek

Red Fang i Turbowolf we Wrocławiu – relacja
26.04.2015/Wrocław

Nagły atak brodaczy.

W niedzielę wrocławski klub Alibi miał chyba największe zagęszczenie brodaczy w mieście, ponieważ wjechali stonerowcy z Red Fang wraz z grupą Turbowolf, którzy mieli rozmieść publiczność swoimi decybelami i scenicznym szaleństwem.Trzeba przyznać, że Knock Out Productions idealnie dobrał ze sobą wykonawców – teoretycznie są to przeciwieństwa, ale łączy je pasja do muzyki, którą widać na każdym kroku. Doświadczeni i stateczni Portlandczycy z Red Fang kontra nieopierzona banda oszołomów w postaci Turbowolf – to nie mogło się nie udać!

Ale od początku. Zarówno na wrocławskim, jak i krakowskim koncercie polskim akcentem był warszawski The Stubs. Pod koniec zeszłego roku wydali za pośrednictwem Instant Classic swój trzeci album – “Social Death By Rock ‘N’ Roll” i swoiste doświadczenie takiej ilości longplay’ów słychać w graniu trio. Jest głośno, jest zgranie, jest nawet przyjemnie. Na żywo jednak Stubsi mieli wrażenie trochę zagubionych w swoim świecie i nie poruszyli ludzi tak, jak mogli by to zrobić w trochę bardziej komfortowych warunkach. Do tego ilość przesterów niszczyła jakąkolwiek przyjemność ze słuchania niektórych momentów – szczególnie tych, gdzie Tomek Szkiela angażuje więcej niż jedną strunę w swojej gitarze. Niemniej jednak, grupa zostawiła pozytywne wrażenie i chciałbym wierzyć, że stać ich na więcej.

Szybka przepinka i na scenie punktualnie pojawili się Bristolczycy z Turbowolf. Tutaj muszę znów pochwalić Knock Out za punktualność kapel. Obecnie rzadko się zdarza, żeby muzycy pojawili się na scenie co do minuty. Ale nie o tym chciałem pisać – wolę skupić się na tym, co działo się na scenie, a było tego sporo. Brytyjczycy natychmiast rozkręcili tłum wjeżdżając z buta ze swoją pokręconą, psychodeliczną energią. Chris Georgiadis i spółka bawili się od początku w najlepsze prezentując przekrojowo (o ile tak można pisać przy dwóch albumach) swoją twórczość. Przez godzinę nie było wytchnienia. Mięsiste riffy uderzały prosto w słuchaczy, którzy z każdą chwilą byli coraz bardziej podjudzani do moshów, headbangingów i czego tylko sobie mogliście zamarzyć. Sam zespół nie pozostawał dłużny. Georgiadis śpiewał między fanami albo zeskakiwał prosto w objęcia publiki z balustrad, zbierał dziewczyny, które miały go zastępować na klawiszach, przytulał ludzi wlatujących na scenę. Istny szał! Muzycznie też było nieźle, ale mam wrażenie, że to było gdzieś na drugim planie przy całym chaosie, jaki miał tam miejsce. Szczególnie, że także nagłośnieniowo klub się nie popisał. I tak godzina wystarczyła do tego, żeby koncert Turbowolf wypruł mnie doszczętnie z całej energii. Było dokładnie tak, jak się spodziewałem. Zagrali wszystko, czego chciałem – “A Rose For The Crows”, “Let’s Die”, “American Mirrors”, nawet 7-minutowy, psychodeliczny “Rich Gift” z nowej płyty zabrzmiał wspaniale. Po takim koncercie mogą wrócić szybciej niż myślimy. Szczególnie, że basistka grupy powiedziała na osobności, że może coś szykują na jesień.

Muzycy Red Fang do ostatniej chwili stali grzecznie przed wejściem i dawali sobie robić zdjęcia, by znienacka wkroczyć na scenę ku wielkiemu poruszeniu publiczności, która wylewała się ze wszystkich stron Alibi. Widać od wejścia, kto był gwiazdą wieczoru i grupa nawet nie stała się tego ukrywać. Za to dostaliśmy ponad godzinny popis Portlandczyków. Nie dość, że usłyszeliśmy właściwie materiał ze wszystkich trzech albumów, to do tego pokazali nam materiał z nadchodzącej płyty, która teoretycznie ma się pojawić się w tym roku. Szczególnie do gustu przypadł mi kawałek, którzy brzmiał jak Nirvana skrzyżowana z Kyuss. Z pewnością nie zawiodą – teraz jestem tego pewien. Choć miało się wrażenie, że momentami są trochę przerażeni ilością fanów wlatujących na ich scenę i przesuwających im cały sprzęt (szczególnie typa, który wbiegł i pocałował Davida Sullivana w czoło – ten odskoczył jak poparzony), twardo zagrali niewzruszeni do samego końca. Do tego strasznie się cieszę, że to był najlepiej nagłośniony koncert – selektywny, ale jednocześnie ciężki jak cholera. Szkoda, że dopiero na sam koniec wieczoru, ale lepiej późno niż wcale.

Przez ponad trzy godziny mogliśmy doświadczyć świetnej atmosfery, ciężkich riffów, zapachu piwa, potu i trawy, a przede wszystkim dobrej muzyki, która wybrzmiała we Wrocławiu. Gratuluję organizatorom dobrego pomysłu, a osobom zgromadzonym dobrego gustu. Oby więcej takich wieczorów!

Kuba Serafin
fot. Adam Rajczyba