Relacjeprzemek

Relacja z festiwalu Avant Art

Relacjeprzemek

Relacja z festiwalu Avant Art
Wrocław/7-18.10.2014

Naprzód hałas.

Wrocławski festiwal trwa dłuuuugo, bo aż jedenaście dni, niżej podpisana nie mogła sobie niestety pozwolić na pełny udział, a szkoda, bo pysznie zaczęło się już od wtorku, kiedy to grał Ryoji Ikeda. Szczęściem atrakcji jest nadal co nie miara, a weekendy udało się trochę wydłużyć – oto kilka słów o pierwszym z nich, drugi wciąż przed nami, i mimo, że Haxan Cloak niestety znów w Polsce nie zagra, szczerze polecam wybrać się w najbliższym czasie do Wrocławia. I obok atrakcji muzycznych zaliczyć także cykl filmowy Avant Artu.

Głosy z głębin

W tym roku zrezygnowano z układania programu dedykowanego artystom z jednego, konkretnego kraju i postawiono na współpracę z innymi festiwalami. Mój Avant Art zaczął się od występu zespołu Zeitkratzer. Ensemble od 1999 roku realizujący ideę muzyki zanieczyszczonej we Wrocławiu wystąpił z nową wokalistką. Na tle dźwięków fortepianu, bębnów, sekcji smyczkowej i dętej wybrzmiewały eksperymenty wokalne przywodzące na myśl Diamandę Galas (to moje ulubione eksperymenty dźwiękowe, dlatego pewnie w 90% przypadków na myśl przyszłaby mi właśnie ta artystka). Czyli piski, szepty, przegadywanki, czy wreszcie krzyki. Dźwięki były podobnie poszukującym hałasem – błyskającym śladami zorganizowania chaosem. Był i smyczek na styropianie, całość bardzo intrygująca i niepokojąca.

W drugiej części koncertu do zespołu dołączył Keiji Haino, postać charyzmatyczna – niewielkiego wzrostu, z długimi, srebrzystymi włosami, w ciemnych okularach i powłóczystych hm, szatach. Niesamowite wrażenie robił wydobywający się z takiego ciała głos: jak dzikie zwierzę zerwane ze smyczy, krzyki, ryki, tony niskie i przeszywające. To był jego wkład w “Metal Machine Music” z repertuaru Lou Reeda, materiał swego czasu mocno krytykowany. Poszarpane, agresywne dźwięki zabrzmiały pięknie tego wieczoru.

Cycki

Piątek był dniem Peaches. Najpierw mieliśmy okazję obejrzeć “Peaches Does Herself” – dokument-musical w reżyserii samej artystki, pełen absurdalnego, ociekającego seksem humoru, transgresyjnych wyskoków i oczywiście utworów Peaches. Sypialniana elektronika i testosteronowy rock, spektakularne przebrania i giętcy tancerze, miraże płci i drwiąca starość. Z widowni słychać było śmiech, ale także odgłosy zdradzające konsternację – niewątpliwie Peaches jest w stanie poruszyć konserwatywnego odbiorcę.

Na koncercie obyło się bez aż tak widowiskowych szaleństw, ale zabawa wciąż była na bogato – wokalistka w kostiumie o cielistym kolorze rozpoczęła z narzutą nawiązującą do jej drwin z ultramęskiego image’u hard rocka i metalu. Później była ubrana między innymi w mnóstwo piersi (tak jest, okrągłe, z sutkami, mniejsze i większe) czy strój penisa, z którego wyciągnęła biały kawałek materiału. Regularnie odwiedzały też scenę dwie tancerki, które przypomniały mi edycję Avant Artu sprzed dwóch lat i występ, w tym samym klubie Eter zresztą, zespołu Bonaparte. Dziewczyny były żołnierskimi robotami, barokowymi ladacznicami, parą kopulujących zwierzątek, striptizerkami… Spektakl był naprawdę barwny. Wszystkie trzy panie polewały też i częstowały publiczność szampanem. A w tle – “Lose You”, “Operate”, “Boys Wanna Be Her”… DJ Peaches za konsoletą. I na konsolecie. Mocne beaty, smaczne zapętlenia i imponujące wokalizy. W finale tego scenicznego przedstawienia została rozłożona długa nadmuchiwana rura, do której weszła artystka, dając się ponieść publiczności. Zwieńczeniem setu było oczywiście “Fuck the Pain Away”, a na deser dostaliśmy śliczny cover “Private Dancer”.

Supergłośno

Film na sobotę to “The Punk Singer” – opowieść o Kathleen Hana (reż. Sini Anderson). To klasyk w dziedzinie dokumentu muzycznego – gadające głowy przeplatane zdjęciami archiwalnymi. Ale relacja jest wydziergana z ciekawych materiałów, głowy są z różnych stron i mówią ciekawe rzeczy. Mamy tu światek muzyczny lat 90. – pojawiają się Kurt Cobain, Kim Gordon, czy ukochany głównej bohaterki, Adam z Beastie Boys. Całość ogląda się bardzo dobrze, a dowiedzieć można się sporo o ruchu feministycznym, punku w latach 90., amerykańskim środowisku muzycznym tamtego czasu i… boreliozie, z którą zmaga się wokalistka.

W Imparcie z zespołem Supersilent zagrał John Paul Jones, którego ja kojarzę znowuż z Diamandą Galas, a większość ludzi – z Led Zeppelin. Słyszałam nawet głosy wśród wchodzącej na salę publiczności, jakoby “wszyscy przyjechali tu tylko po jego autograf”. Ciekawe zatem, czy ze zniecierpliwieniem czekali na koniec koncertu albo mieli nadzieję na coś z repertuaru pionierów hard rocka. To, co zaprezentował wspólnie z norweskim zespołem nie miało na szczęście nic wspólnego z twórczością Zeppelinów (nie jestem koneserem, więc w sumie nie ręczę za totalny brak powiązań). Monumentalna kompozycja najpierw odstraszyła kompletnym chaosem ostro przekrzykujących się dźwięków. Gitary, keyboardy, perkusja i to ponure, to potrzaskane dźwięki z laptopa dawały się tworzyć tak zupełnie nieskładny, rozlatujący się miszmasz bez nadziei na rozwiązanie, że troszeczkę spisałam tę próbę na straty. Jak się okazało – za wcześnie. Powoli wszystko zaczęło się układać, choć nie wyrównywać. Wzór okazał się tyleż chropowaty, co fascynujący, momentami wystrzeliwując gdzieś w gwiazdy, hałaśliwe kaskady przeplatając z wyciszonymi, lekko tylko pomrukującymi partiami.

Brutalna awangarda

Niedzielny film to opowieści z odległych krain – jak Afryka została zainfekowana muzyką skandynawską obejrzeliśmy w “Death Metal Angola” (reż. Jeremy Xido). Death metalowe teksty pełne przemocy, krwi i nienawiści robią szczególne wrażenie wyśpiewywane przez dotkniętych wojną mieszkańców Angoli. Tutaj horror obserwowany na co dzień znajduje ujście w pełnych agresji riffach, szorujących po uszach dźwiękach i w krzyku. Gdyby komuś było mało dramatu, bohaterami są podopieczni domu dziecka. Mieszkańcy Huambo chcą urządzić festiwal, jak mówią, rocka, mianem tym określając chyba po prostu całą muzykę gitarową. Odnajdują się w metalu perfekcyjnie, nawet na mnie, delikatnie mówiąc, nie będącej wielkim fanem tego gatunku, robiąc wrażenie.

Koncertów w niedzielę było trzy – w Firleju, który sceny ma dwie, choć ta, na której odbyły się pierwsze koncerty, znajduje się w mikrosali. Łatwo nie było:

Na szczęście publiczności nie było za dużo. Zespół ledwie mieści się na scenie, odbiorcy prawie muszą na niej siadać. Pierwszy wystąpił norweski Staer. Panowie hałasują i uprawiają jakieś klasyczne screamo – nie jestem fanem tego typu wokali, więc na tym niestety zakończę. Znacznie lepiej było, gdy w tej saluni pojawiło się trio Poino. Chyba aranżacja przestrzeni też miała odrobinę wpływu na taki odbiór, ale na pewno w muzyce zespołu niebagatelną rolę pełni perkusja. Tu słusznie znalazła się w centrum uwagi. Przepiękne sekwencje rytmiczne, zapętlane przez perkusistę hipnotyzowały złożonością i nośnością. Do tego dwóch gitarzystów produkowało z boków ponure mruczenie, całkiem smaczne przestery i dyskretne, ale doskonale uzupełniające partie bębnów dźwięki.

Dobrze, że Stephen O’Malley i Keiji Haino grali już w dużej sali. Najpierw ten drugi zagrał na takim instrumencie:

Uderzał w metalowe talerze młoteczkiem, talerze wydawały brzęczący dźwięk, Haino kontrolował dźwięk rękoma. Ciekawy eksperyment. O’Malley, znany głównie z SunO))), poszedł dokładnie tą drogą, ze swojej przezroczystej gitary wydobywając bardzo charakterystyczne dla grupy ściany hałasu. Następnie panowie połączyli siły – przy czym O’Malley pozostał w tle, tworząc podkład dla szalonej twórczości Haino. Ten drugi grał na czymś jeszcze bardziej fascynującym – okrągłe urządzenia podłączone do rozmaitych efektów, z których dobywał się iście piekielny hałas. Do tego gitara i słyszany już wcześniej na Avant Arcie śpiew. Z jednej strony taki koncert chyba w zamierzeniu ma całkowitą masakrację uszu i wywołanie piszczenia przez dwa kolejne dni – na pewno nie wychodzi się wtedy z występu takim samym… Ale z drugiej strony to po prostu nierozsądne. Bierzcie zatyczki.

CDN

Katarzyna Borowiec
fot. Marcin Maziej (materiały organizatora)