Relacjeprzemek

Relacja z festiwalu Avant Art vol. 2

Relacjeprzemek

Relacja z festiwalu Avant Art vol. 2

Czas wzruszeń.

Mój drugi tydzień z wrocławskim festiwalem również był niepełny – zaczął się od czwartku. Tego dnia koncerty odbywały się w Centrum Technologii Audiowizualnych, w sali z wznoszącymi się rzędami krzeseł. Jako pierwszy pojawił się projekt wrocławskich muzyków - Cezary Duchnowski, Paweł Romańczuk, Kostas Georgakopulos i Justyna Skoczek w “In Between/Words and Music Destroyer”. “Multimedialne widowisko muzyczne” składało się z fascynujących instrumentów, takich jak np. monitor komputera z powbijanymi weń ostrzami, na którym gra się smyczkiem, instalacji składającej się z papierowej zasłony oraz animacji rzucanej na nią z projektora. Jak głosi opis, dźwięki żywych instrumentów zostały skontrastowane z tymi wytwarzanymi przy pomocy laptopa, dodatkowo były zabawy głosem (krzyki, charczenie, modyfikowanie etc.). Muzycznie był to szeleszcząco-szumiący krajobraz, z którego w pamięć głównie wbiły mi się partie fortepianowe. Koncepcyjnie – rozważania na temat tytułowej kwestii, czyli “pomiędzy”: na specyficznym ekranie to słowo pojawiło się wiele razy, obok innych, spośród których moją uwagę zwrócił wyraz “kobieta”. Czemu akurat kobieta?…
Bohaterowie tego specyficznego spektaklu w kulminacyjnym momencie z hałasem przedarli symboliczną ścianę, odsłaniając muzyków z ich dziwacznymi instrumentami. Interpretować całość można na różne sposoby, wedle natchnienia oglądającego, bo tropów jest mnóstwo.

Potem przyszła kolej na gwiazdy wieczoru, czyli Fire!, które tym razem, trzeci raz w Polsce w ciągu niedługiego czasu (wcześniej Off i Unsound), postanowiło uraczyć nas repertuarem ze swej wersji orkiestrowej. Z tej okazji do składu dołączył klawiszowiec oraz pani wokalistka, prywatnie ukochana perkusisty, czyli połowa Wildbirds & Peacedrums, Mariam Wallentin. Moim zdaniem obydwie osoby mogły spokojnie zostać w domu. Partie klawiszowe albo zlewały się z pozostałymi instrumentami, nie odgrywając większej roli, albo lekko irytująco powtarzały partie basu. Fanem wokalu Mariam po prostu nie jestem, jako że dysponuje ona głosem mocno zawodzącym i jękliwym. W dodatku – zapewne celowo, ale jednak drażniąco – wszystko śpiewała w ten sam sposób. Koncept jest jednakowoż na tyle przemyślany, że wraz z upływem czasu śpiewanie przestało irytować i wreszcie pozwoliło się skupić na tym, co stanowi rdzeń hipnotycznej magii Fire! – wyrazistych partiach basu, opętanych pasażach saksofonu i trzymającej to wszystko w uścisku rytmu perkusji. Wariacje na temat repertuaru Fire! Orchestra, jak to sam określił Gustaffson, brzmiały wyśmienicie, choć osobiście jestem o wiele większym fanem “(Without Noticing)” niż którejkolwiek produkcji pod tym drugim szyldem.

Gorące koncerty na zimnym dworcu

W piątek najpierw poszłam do kina – tu wypada przypomnieć, że Avant Art to nie tylko muzyka, ale także świetny wybór filmów dokumentalnych wyświetlanych w Kinie Nowe Horyzonty. Piątkowy seans poświęcony był zespołowi Killing Joke, który większość zna z przeboju “Love Like Blood”. Takie tam, nowofalowe granie – myślisz sobie, gdy tymczasem lider, Jaz Coleman, okazuje się mega charyzmatyczną postacią, bohaterem idealnym filmu dokumentalnego, dzięki któremu jest on praktycznie samograjem. Choć nie można pominąć inwencji estetycznej twórców przejawianej poprzez śliczne tablice obwieszczające ważniejsze z mistycznych wydarzeń czy ciekawy sposób kadrowania – na przykład to, że na początku widzimy tylko podbródek dzisiejszego Colemana. Dla tych, którzy nie wgłębiali się w to, co stoi za Killing Joke, produkcja będzie prawdziwą gratką – okazuje się, że wokół zespołu krąży tajemnicza aura okultystycznych rytuałów… a sam Coleman jest olśniewającym szaleńcem, tyle nieznośnym, co niesamowicie twórczym.

Dwa ostatnie dni Avant Artu to koncerty na Dworcu Świebodzkim. Choć przestrzeń jest dosyć ciekawa – to po prostu stary, opuszczony dworzec, ma więc całkiem fajny klimat – to jednak pomysł organizowania w nim koncertów w drugiej połowie października jest dosyć chybiony. Szczególnie dało mi się to we znaki pierwszego dnia, gdy wędrowałam od kina do dworca w strugach deszczu, marząc o tym, kiedy już znajdę się z powrotem w ciepłym pomieszczeniu. A tu nieprzyjemna niespodzianka: pomieszczeniu daleko od bycia ciepłym. Dodatkowo nie bardzo było tam wtedy co robić, choć było już mocno po 21 i powinien odbywać się pierwszy koncert. Z niesmakiem musiałam opuścić to miejsce w celu odzyskania właściwej temperatury i tak przegapiłam występy Ave Eva oraz Syndrome WPW.

Kiedy wróciłam na Dworzec Świebodzki, już w lepszym humorze, przyjaźniej nastawiona do świata, na scenę wkroczyła Marine Caroline Hominal. Artystka wykonała performance zatytułowany “Silver”. Zgodnie z tą nazwą ubrana była w lśniące srebrne spodnie, srebrne szpilki i miała srebrny makijaż. Do elektronicznych, dość topornych podkładów złożonych z zapętlonych rytmów dokładała wyśpiewywane i wykrzykiwane partie wokalne, czasem przeplatając je maniackim śmiechem. I wanted to be… disco queen… before seventeen - najpierw nie mogła zdecydować się w kwestii swych życzeń – I live on Venus and sleep on Mars… and I’ll die in the stars - potem stopniowo budowała swoją podmiotowość. Wszystko to robiła tańcząc – robiła szpagaty, kręciła biodrami i wykonywała dzikie podrygi. W tle migotały rzędy jarzeniówek, na publiczność artystka posypała srebrne konfetti, wyciągała zza pazuchy rozmaite rekwizyty. Było co oglądać.

Po tym przedstawieniu za stołem pełnym elektronicznych urządzeń pojawił się Dimlite/Dim Grimm, muzyk bawiący się hip hopem i dawką połamanych dźwięków. Set, który zagrał, był bardzo niejednorodny, wręcz chropowaty i lekko mroczny. Przynajmniej z początku, bo po serii brzmień robiących trochę wrażenie poszukiwań właściwego tonu, pan przeszedł do bardziej bujających, nadających się pod rapsy dźwięków. Bawił się nawet mikrofonem, ale partie z użyciem wokalu wtopiły się w całość prawie niezauważalnie. Na koniec – duet damsko-męski Unleashed Eternalhood rozbujał publiczność setem, w którym rapowane kawałki mieszały się z muzyką z domieszką latino w chmurze zapętleń i zabawy skojarzeniami.

Całość składała się na showcase szwajcarskiego festiwalu Les Urbaines.

Gorzkie wiśnie

Zwieńczenie festiwalu szykowało się pyszne – wielka szkoda, że Haxan Cloack ponownie nie dał rady pojawić się w naszym kraju. Może do trzech razy sztuka?

Pojawił się za to, również w związku z współpracą ze Szwajcarią, Franz Treichler, znany jako lider The Young Gods, tutaj występujący jako DJ Salaud. Przeplatał swoje industrialne zwyczaje z elektronicznymi flirtami, a pod koniec pojawił się nawet Michael Jackson. Źle nie było, ale na jego miejscu pozostałabym przy śpiewaniu.

A później w ruch poszła maszyna do dymu, aż staliśmy w gęstej mgle, której zapach nieodmiennie przypomina mi gimnazjalne dyskoteki. Wyłonił się z niej Dean Blunt we łzach. To był absolutnie magiczny, poruszający koncert – jego krótkie, pełne intensywnych emocji podawanych w niepozorny, nieprzesadzony sposób kompozycje na żywo nabierają jeszcze większej siły rażenia. Od czasu do czasu z oparów wybrzmiewały partie saksofonu, a po drugiej stronie od grającego majaczyła śpiewająca pani. W centrum stał Dean – poważny, z twarzą, której ani na chwilę nie rozjaśnił chociaż cień uśmiechu. Rytmiczne kiwanie głową mówiło jakby tak, tak właśnie wszystko to się kończy. Call me when your heart is empty/ I’m happy we can still be friends. Sztuczna mgła gęstniała z uporem, w końcu przeistaczając się w krwisty krajobraz przy pomocy czerwonych świateł. A potem był atak stroboskopu – dla tych, do których cierpienie nie dotarło jeszcze uszami. Ból był wszechogarniający i piękny, tak jak to tylko smutne piosenki o miłości potrafią.

Ostatnim na scenie był niezawodny Matthew Barnes, czyli Forest Swords, z kolegą na basie (Barns oprócz operowania pokrętłami chwytał czasem za gitarę). Chętnie wbiegam na jego mroczne ścieżki odkąd tylko odkryłam “Dagger Paths”. Pierwsze, czarujące wykonanie ich na żywo w Polsce, na Off Festivalu w 2012 roku, na sam koniec wydarzenia, ostatniego dnia nad ranem, udowodniło talent młodego producenta. Ze sceny potrafi zaczarować jeszcze skuteczniej, niż z domowego głośnika. Odrobinę mniej czarująco było na zeszłorocznym Unsoundzie, kiedy Barnes w Hotelu Forum rzucał kolory “Engravings” w przestrzeń i wizualizacje z kwiatami na ściany. Teraz nowy materiał z tej płyty dotarł się, ograł na żywo i już doskonale pasuje do świata, w jaki Forest Swords wciągnął niczego nieświadomych jeszcze słuchaczy pod koniec 2010 roku. Tym razem “Weight of Gold” czy “Thor’s Stone” pięknie wpasowywały się w “Holyoke Mist”, “Miarches”, “Rattling Cage” czy genialne “The Light”. A już “Friend, You’ll Never Learn” zabrzmiało w tym otoczeniu iście królewsko. Nastroju dopełniały klimatyczne wizualizacje.

Naród wspaniały…

Minusem, który szczególnie dał mi się we znaki ostatniego dnia była, o dziwo… publiczność. To fenomen, którego nigdy nie rozumiałam i nadal do jego zrozumienia się nie przybliżam – alkohol + koncerty. Dobrze, każdy ma prawo przeżywać muzykę na swój sposób, jeśli chce sobie w tym pomagać procentami, proszę bardzo, droga wolna, ale tylko dopóki nie przenosi go to w rzeczywistość na tyle inną, że kłóci się z wymiarami pozostałych uczestników wydarzenia. Czy naprawdę potrzebujesz do upojenia alkoholowego wysiłków zdolnych muzyków jako tła? Nie sądzę. W tej chwili wystarczy ci o wiele mniej. Z szacunku do tych, którzy ze sceny chcą dać ci coś pięknego i do tych, którzy przyszli to coś w zachwycie odbierać, zostań w domu. Na Avant Arcie pojawiły się osoby, które nie potrafiły zrozumieć, że ich dzikie ryki, śmiechy i głośne komentarze są nie na miejscu. Ok, jeśli takie reakcje są spontanicznym odzewem na działania twórcy, korespondują z jego przekazem – to wspólnie tworzy pewną całość, bo przecież koncert to nie tylko artysta na scenie. Ale w momencie gdy działamy szybując w swoim skrzywionym, przyjętymi substancjami, świecie i mamy gdzieś wysiłki muzyków, coś jest nie tak. Takie jest przynajmniej moje zdanie, z mojego małego, poruszanego dźwiękami do milczenia, świata.

Publiczności nie było również specjalnie dużo. Ale mam nadzieję, że to się zmieni – i ilość i jakość, bo Avant Art to festiwal ze świetnym programem, oferujący co roku mnóstwo ciekawych doznań muzycznych i filmowych mógłby stać się takim małym Unsoundem i chodzi mi tu o grupę docelową – to ci sami ludzie pełni ciekawości świata, co tam, czy na Sacrum Profanum na przykład. Miłośnicy eksperymentów chętnie podróżujący w nieznane. Na początek można by ustalić termin, który z żadnym pokrewnym wydarzeniem nie będzie się pokrywać. Trzymam kciuki.

Katarzyna Borowiec
fot. materiały organizatora