Relacjeprzemek

Relacja z koncertu Arcade Fire

Relacjeprzemek

Relacja z koncertu Arcade Fire
24.06.2011/Warszawa

Ten koncert miał być tylko rozgrzewką przed rozpoczynającym się w przyszły czwartek Heineken Opener Festiwalem. Jest jednak duża szansa, że Kanadyjczycy swoją pozytywną energią zmietli wszystko to, co zaprezentuje się na scenach w Gdyni.

Zanim dojdę do samego Arcade Fire, parę słów o Basi Bulat, która w towarzystwie swojego brata Bobby’ego, wąsatego Brytyjczyka Paula oraz Radka Łukasiewicza z Pustek poradziła sobie w niewdzięcznej roli supportu. Przyznam szczerze, że nie dawałam tej pani zbyt wielu szans, bo to zupełnie nie moja bajka. I jak się okazuje, był to błąd. Swoim urokiem osobistym, łamanym polskim oraz pozytywną muzyką Basia na prawdę rozgrzewa. Pełen uroku i ciepła koncert świetnie wkomponował się przed występ Arcade Fire. Obok autorskich kompozycji artystki, w piątkowy wieczór mogliśmy usłyszeć również utwór “W zielonym ZOO” z repertuaru Ludmiły Jakubczyk. Powtórzę zatem za Winem Butlerem – jeśli zobaczycie gdzieś na plakatach nazwisko Bułat, śmiało idźcie na koncert – bo warto!

Czas zatem na gwiazdę wieczoru. Panie i panowie, (werbel poproszę) – Arcade Fire! Do mnie chyba jeszcze nie dociera, że wczoraj spełniło się jedno z moich muzycznych marzeń, że Arcade Fire na prawdę przyjechali do Polski (w końcu) i zagrali rewelacyjny, półtoragodzinny koncert. Podobnie jak w przypadku koncertu TV on the Radio, energia towarzyszyła występowi od samego początku do jego końca. Jednak w tym przypadku energia ta niosła ze sobą o wiele więcej ciepła i pozytywnych wibracji. Weszli na scenę po krótkiej filmowej zapowiedzi i zaczęli od “Month of May”, przy którym niestety nawaliło trochę nagłośnienie bo wokal Win’a ginął gdzieś między perkusją, skrzypcami, klawiszami a gitarą. Na szczęście już chwilę później przy “Sprawl II” było dobrze (jak na Torwarowe warunki, nawet bardzo dobrze). Pierwsza eksplozja koncertu to “No Cars Go”, podczas którego szaleli chyba wszyscy. Biję się teraz z myślami, próbując wybrać najlepszy fragment tego koncertu, ale tego się chyba nie da zrobić. “Roccoco”? “The Suburbs”? Trylogia “Neighborhood”? “Rebellion (Lies)”? A może “Wake Up”? Tak byłam spragniona tego koncertu (podobnie jak chyba wszyscy, którzy stawili się na Torwarze), że wszystko brzmiało idealnie. Ale chyba nie tylko dlatego. Arcade Fire mają w sobie moc i bez większego trudu dzielą się swoją pozytywną energią z widzem, a my bez protestu tą energią od nich ciągniemy. W piątkowy wieczór zespół wlał w nas tyle szczęścia, że wystarczy nam co najmniej do Openera, jak i nie do Offa!

Pozamuzycznie, koncerty Arcade Fire, to świetnie przygotowane widowsko. Oświetlenie, wizualizacje oraz układ sceny współgrają idealnie ze sobą. Do tego trzeba dodać, że nie łatwo jest ustawić 8 muzyków tak, aby w szale występu nie wchodzili sobie w drogę na scenie, zwłaszcza gdy co piosenkę porzucają swoje dotychczasowe stanowisko i zmieniają instrument na którym grali, tylko po to by chwilę później znowu taką roszadę zrobić. Ogląda się to świetnie – niby taki drobiazg a jakie robi wrażenie. Co więcej, Arcade Fire to 8-osobowa, świetnie zgrana i perfekcyjnie działająca machina, gdzie, przy okazji, każdy z członków to jednoosobowy teatr. W wielu momentach koncertu nie widziałam czy mam obserwować Willa Butlera, jego starszego brata Wina czy może którąś z rewelacyjnych skrzypaczek. Choć trzeba przyznać, że głównymi gwiazdami show byli jednak Win i jego żona Regine, która uwiodła publikę swoim tańcem z kolorowymi taśmami.

Jedyne zastrzeżenie koncertu wędruje niestety do polskiej publiki. Bolało mnie jak patrzyłam na puste trybuny, bolało mnie jak patrzyłam za siebie widząc pustą od połowy płytę Torwaru. Zastanawiam się jak musiało to wyglądać ze sceny i czy na prawdę tak chcieliśmy się pokazać Kanadyjczykom. Niestety frekwencja wołała o pomstę do nieba. Winy trzeba oczywiście szukać w nawale koncertów jak i w cenie biletów na warszawski koncert. Najważniejsze jest jednak to, że na muzykach, mimo wszystko, zrobiliśmy wrażenie (a przynajmniej tak mi się wydaje) więc jest szansa, że kiedyś do nas wrócą.

Na koniec chciałam tylko powiedzieć wszystkim, którzy jeszcze nie wiedzą “who the fuck are the suburbs”, że jest to jeden z najgenialniejszych zespołów grających obecnie, którym zawdzięczam piękne chwile na warszawskim Torwarze.

Gosia Lewandowska