Relacjeprzemek

Relacja z koncertu Marka Lanegana

Relacjeprzemek

Relacja z koncertu Marka Lanegana
Kraków/19.02.2015

W krakowskiej Fabryce.

Najpierw zagrali The Faye Dunaways, czyli koledzy Marka z zespołu – Fred ‘Lyenn’ Jacques oraz Aldo Struyf. Przy pomocy gitar i klawiszy wyprodukowali bardzo fajne, transowe dźwięki z odrobiną krautrockowej motoryki. Wszystko grało elegancko, dlatego dosyć szokujący okazał się występ Duke’a Garwooda. Wokalista z gitarą w towarzystwie gitarzysty i perkusisty śpiewał i grał bez zarzutu, niestety całości nie dało się słuchać – wszystko tonęło w strasznym przesterze. Wokal gryzł się z gitarą, i jakkolwiek kocham hałasy, tak jednak wolę te zaplanowane. Wykonawca grał dalej w zaparte; czemu nie przerwał i nie poprosił akustyka o interwencję pozostaje dla mnie zagadką. Skończył szczęśliwie chyba nieco szybciej niż planował, bo na Marka czekaliśmy dość długo.

Ale oczywiście było warto. Dość zaskakujące okazało się – po wcześniejszych kłopotach – nagłośnienie. Muzykę było słychać idealnie, każdy z osobna instrument, wokal brzmiał świetnie i można było bez problemu rozróżnić słowa. Lanegan Band zaczął od trzech piosenek na wokal i gitarę – “When Your Number Isn’t Up”, “Judgement Time” i “Up”. Taka aranżacja wprowadziła nieco melancholijny nastrój, który pozostał ze mną już do końca koncert, nawet mimo tego, że zaraz jako czwarty zabrzmiała energetyczna “Graveddiger’s Song”, już z całym zespołem. Przeważały utwory z dwóch ostatnich płyt, choć zespół zagrał także “Hit the City” i parę innych utworów z “Bubblegum” i “Field Songs”. Mark wykonał też cover The Twilight Singers – “Deepest Shade”.

Największe wrażenie zrobiła na mnie piosenka z najnowszego albumu – “Torn Red Heart”. Zagrana pod koniec koncertu, pomiędzy kompozycjami typu “Riot in My House” czy “Ode to Sad Disco”, pełnych klawiszowych eksperymentów i ostrych gitar, przywróciła mocno melancholijny klimat początku. I nawet “Sleep With Me” zagrane zaraz po niej nabrało nieco tej aury, zamiast fascynować i pobudzać jak na koncercie w Katowicach jawiąc się jako rozpaczliwie wołanie.

Mark był jak zwykle zdystansowany, rzucał tylko podziękowania od czasu do czasu i zdawał się skłaniać właśnie w stronę melancholii, przez co koncert był mniej energetyczny, ale nie znaczy to, że gorszy. Jakby na sprawę nie patrząc pan ma taki głos, że mógłby czytać książkę telefoniczną i wciąż mielibyśmy sporo satysfakcji z słuchania. Więc jeśli to nie spis nazwisk i numerów, a pełne emocji, melodyjne kompozycje zagrane nienagannie przez świetnych muzyków, to czegóż chcieć więcej. Może autografu? Jak najbardziej można było go dostać, bo Mark po koncercie wyszedł do fanów. Warto chodzić na jego koncerty.

Katarzyna Borowiec