Relacjeprzemek

Relacja z piątej edycji Festiwalu Transvizualia

Relacjeprzemek

Relacja z piątej edycji Festiwalu Transvizualia
5-9.10.2011/Gdynia

Spory krok wprzód.

Jubileuszowe Transvizualia były najlepszą edycją tej elektronicznej imprezy od czterech lat. Nie mam co do tego wątpliwości, mimo, że zabrakło mnie na jednym z trzech dni koncertowych – na szczęście mam wymówkę, bowiem tego samego dnia zabrakło również z przyczyn chorobowych samego Darkstar. Bardzo ważnym krokiem, którego zazwyczaj nie pochwalam, ale tym razem okazał się trafiony, był wstęp wolny na wszystkie wydarzenia. Na co dzień organizatorzy wydarzeń muzycznych powinni przyzwyczajać publiczność do płacenia za wstęp, ale biorąc pod uwagę niszowość Transvizualiów, darmowość spełnia rolę edukacyjną. Kto wie, ile osób, które w normalnych warunkach nie wydałyby pieniędzy na wejściówkę na Fennesza zobaczyło, jak znakomity jest on na żywo i na drugi raz będzie gotowe kupić bilet. Sądząc po sporej frekwencji, mogło ich być naprawdę wiele.

Koncertową część Transvizualiów otworzył 5 października audiowizualny performance “Strof/Frazy” autorstwa Jacaszka, Łuczaka i Magny Ferreir. Muzyka elektroniczna obracająca się wokół tematu słowa (a konkretnie poezji Blake’a, Herricka, Novalisa i Hopkinsa) nie jest niczym nowym, podobnie jak połączenie obu tych elementów ze śpiewem operowym. Owszem, był to bardzo przyjemny występ, ale estetycznie zbyt wygładzony i mało odważny. O ile delikatnemu, repetycyjnemu ambientowi, wzbogaconemu dźwiękami wibrafonu i śpiewem portugalskiej śpiewaczki barokowej nie można było wiele zarzucić, moje wątpliwości wzbudzały wizualizacje. Układające się w spirale zdania, albo ukazujące się pojedyncze, pisane piórem słowa, były efektowne, ale zarazem zbyt oczywiste. Elementem broniącym samej formy, jaką przyjęły wizualizacje, było wrażenie trójwymiarowości, jako że były one wyświetlane na kilku warstwach półprzezroczystej tkaniny. Jacaszek to Jacaszek, poniżej pewnego poziomu nigdy nie schodzi, a więc mimo płaskiej warstwy wizualnej, muzycznie udało mu się obronić.

7 listopada odbyły się występy artystów wymagających skupienia, poruszających się po spokojnych krajobrazach elektronicznych brzmień. Jako pierwszy zaprezentował się Sylvian Chauveau, dając poruszający i niezwykle ascetyczny koncert. Muzyka Francuza składała się głównie z pięknego śpiewu samego artysty oraz z pojedynczych, długo wibrujących w powietrzu nut, wydobywanych z gitary akustycznej za pomocą elektronicznego smyczka. Co jakiś czas ozdabiały je uderzenia w instrument przypominający misę buddyjską. Sfera dźwięków poruszana przez Chauveau była prosta i naturalna, zamykając oczy można było ujrzeć przed sobą idealnie czystą biel. Wydobywające się z głośników częstotliwości początkowo wydawały się zbyt wysokie i drażniące, ale po chwilowym dyskomforcie, można było się w nie bez problemu zanurzyć. Koncepcję dopełniały minimalistyczne obrazy, rzucane na ekrany obok muzyka. Dawno nie widziałem występu robiącego tak wielkie wrażenie swoją świeżością i jasnością formy.

Drugi wykonawca przyniósł spore rozczarowanie – Marsen Jules Trio postawiło na bardzo przewidywalny, a po dłuższym czasie nudny styl, który można nazwać ścieżką dźwiękową do nieistniejącego filmu o Islandii. Doskonale wszystkim znana stylistyka, mająca wywołać natychmiastową nostalgię była za bardzo oklepana, aby wzbudzić autentyczne emocje. Nie pomogły także żywe instrumenty w postaci skrzypiec i pianina, obsługiwane przez braci bliźniaków, Anwata Alama i Jana-Philippa Alama. Sytuacji nie poprawiały kiczowate wizualizacje w rodzaju latających mew.

Podobnie mało interesujące filmy pokazał towarzyszący Fenneszowi Giuseppe La Spada, ale akurat ten fakt nie przeszkadzał, ponieważ muzykę Austriaka słucha się najlepiej z zamkniętymi oczami w pozycji leżącej. Tym razem mieliśmy okazję usłyszeć znacznie łatwiejszą w odbiorze stronę jednego z najważniejszych europejskich artystów muzyki elektronicznej. Post-rockowe przestrzenie i rozmarzone drone’y napływały ze sceny falami, aby przyjemnie zalać słuchaczy ciepłą fakturą brzmienia. To był występ naznaczony popową, lecz szlachetną wrażliwością. Imponujące, jakim wyczuciem wykazał się Fennesz, kończąc grać w idealnym momencie – jeszcze kilka minut dłużej i można by było odczuć pojawiającą się na horyzoncie nudę.

Jak już wspomniałem wcześniej, nie widziałem niestety dnia elektroniki tanecznej, którego główną gwiazdą był Afirca Hitech. Mimo tego, nie mam wątpliwości, że w tym roku festiwal Transvizualia był wyjątkowo udany; oby ta tendencja się utrzymała. Na koniec jeszcze powtórzę to, co mówię każdej jesieni: przydałoby się, aby o tym wydarzeniu i jego line-upie mogła odpowiednio wcześnie dowiedzieć się cała Polska, a nie tylko Trójmiasto.

Krzysztof Kowalczyk