Relacjeprzemek

Relacja z Primavera Sound 2011 cz. 3

Relacjeprzemek

Drugi dzień koncertów na Parc del Forum.

Drugi dzień koncertów w kompleksie Parc del Forum był dniem najbardziej obfitym: Belle & Sebastian, Pulp, The National, Deerhunter, Shellac – żeby wymienić tylko tych pierwszych z brzegu, największych. A nie sposób przecież nie wspomnieć jeszcze o Low, Battles, Ariel Pink’s Haunted Graffiti… W każdym razie, był to dzień szczególnie trudnych wyborów albo szczególnie szybkich sprintów pomiędzy scenami.

27 maja – Parc del Forum

Zgodnie z primaverową tradycją rozpoczynania dnia od tego, co lekkie, melodyjne i słoneczne, najpierw udałem się na koncert Juliana Lyncha, który po pierwszych 10 minutach zachwycał, a po kolejnych 20 pokazał, że już nic nowego nie wykombinuje i do końca koncertu czeka nas zestaw miłych, acz monotonnych, piosenek. Za to popowe trio Tennis (gitara, klawisze i perkusja) obroniło się dzięki uroczej osobowości Alainy Moore i jej nastoletnio-ejtisowemu tańcowi.

Tymczasem, przed godziną 21 na scenie Pitchfork dokonywała się masakra na występie Jamesa Blake’a, w czym swój udział miała kompletnie niepasująca do tej muzyki pora dnia, a także echa występu M. Warda, docierającego z położonej nieopodal wielkiej sceny San Miguel, zagłuszającego skutecznie młodego Anglika. Oby na Open’erze Blake został umieszczony po 22 w którymś z namiotów, inaczej efekt może być podobny.

The National poradziło sobie jak zwykle świetnie, załapując się jeszcze na ostatnie promienie słońca. W dwóch utworach chórki gościnnie zaśpiewał sam Sufjan Stevens, który z kolei dwie godziny wcześniej zakończył swój występ w zamkniętej sali Auditori. Co prawda Matt Berninger był tym razem spokojniejszy i nie czynił spustoszenia na scenie, a set-listę stanowiły niemal wyłącznie utwory z “Boxer” oraz “High Violet”, ale mimo to trudno nie było po raz kolejny ulec magii tłumu śpiewającego “Fake Empire”.

Belle & Sebastian zagrało dokładnie tak, jak od nich oczekiwano – Stuart Murdoch czarował wszystkich swoją konferansjerką, reszta zespołu perfekcyjnie grała kolejne przeboje grupy; doszło też do bratnia się z publicznością poprzez malowanie rzęs Murdocha oraz konkurs tańca, po którym wszyscy uczestnicy dostali złote medale. Szkoci dali występ niemal kompletny – niemal, bowiem scena San Miguel okazała się tak z 3 razy za duża dla muzyków tak bardzo pragnących, aby słuchacze stanowili integralną część koncertu. Nie po raz pierwszy i nie ostatni, to właśnie przestrzeń miała znaczny wpływ na ocenę gigu.

Po północy uczestnicy Primavery zostali zmuszeni do dokonania jednego z najbardziej dramatycznych wyborów całego festiwalu. Deerhunter, który jawi się obecnie jako jeden z najważniejszych zespołów gitarowych, czy Shellac, grupa grająca koncerty rzadko, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że wokalistą tria jest sam Steve Albini, człowiek, który z racji swojego dorobku właściwie już nic nie musi? Ja wybrałem pierwsze 15 minut ekipy Bradforda Coxa, aby następnie szybko pobiec i zobaczyć legendę.

Początek występu Deerhuntera był więcej niż obiecujący, zapowiadając, że dalsza część utonie w rozmarzonej ścianie gitar w stylu My Bloody Valentine. Co więcej, nie użyto telebimów, mimo, że kwartet grał na największej scenie imprezy, Llevant. Wymusiło to na widzach oglądanie pięknie oświetlonej sceny w całości, co nie pozostało bez wpływu na odbiór.

Niestety, w tym momencie zakończyłem obcowanie z onirycznym światem piosenek Coxa, bowiem gnałem już na małe muzyczne święto, które zgotował na scenie ATP Shellac. I trudno użyć innego słowa niż “święto”, widząc ten kompletnie pochłoniętymi dźwiękami tłum. Zarówno trio jak i publika bawili się z minuty na minutę coraz lepiej i crowdsurfing uprawiany nawet w przerwach między utworami – Shellac częściowo zrekompensował niedostatek gitarowego brudu w tym roku. Dla wielu oglądanie Trainera, Westona i Albiniego było najważniejszą częścią festiwalu – swoistą tradycją, ponieważ Shellac gości na Primaverze co roku.

Chciałbym się starzeć tak jak Jarvis Cocker. Jedynym szczegółem, dającym poznać, że mamy rok 2011, a nie połowę lat 90-tych, była przyprószona siwizną broda Anglika. Cała reszta, łącznie z ekstatycznym tańcem i rewelacyjnym wykonaniem takich przebojów jak “Babies”, “Do You Remember the First Time?” czy “Common People” pozostała bez zmian. Cocker kokieteryjnie mówił o tym, jak długo się nie widzieliśmy, pytał czy może zdjąć marynarkę i krawat, a nawet udzielił błogosławieństwa parze, która zaręczyła się tuż przed tym, jak zespół fantastycznie wykonał “Underwear”. Reasumując, jeśli ktoś nie załapał się na koncert Pulp przed ich rozpadem na początku zeszłej dekady, powinien tę zaległość czym prędzej nadrobić.

Grające chwilę przed 4 rano Battles było dla mnie wielkim znakiem zapytania. Z jednej strony odejście Tyondai’a Braxtona ze składu nakazywało spodziewać się mocnego osłabienia, z drugiej zaś, nowy album formacji jest co najmniej dobry. To był bardzo dziwny koncert. Raz mathrockowcy porządnie się rozpędzali, tłukąc utwory z energią i imponującą precyzją, kiedy indziej nie potrafili ogarnąć własnego sprzętu – właśnie w takich chwilach było widać, jak bardzo brakuje im czwartego członka. Do teraz trudno mi powiedzieć, co myślę na temat tego wszystkiego. Mam nadzieję, że chłopaki ogarną się z wszystkimi trudnościami do czasu Taurona, bo jeśli im się to uda, mają szansę stać się jednym z najjaśniejszych punktów katowickiego festiwalu.

Krzysztof Kowalczyk

foto: Eric Pamies

Pierwsza część relacji z Primavera Sound 2011

Druga część relacji z Primavera Sound 2011