Relacjeprzemek

Relacja z warszawskiego koncertu Morowych Panien

Relacjeprzemek

Relacja z warszawskiego koncertu Morowych Panien

Morowe Panny współczesności.

Powstanie Warszawskie w końcu doczekało się należnego mu upamiętnienia – najpierw powstało Muzeum, teraz jego dyrektorka organizuje wydarzenia, by uczcić ludzi, którzy nie bali się walczyć o stolicę Polski, a właściwie o cały kraj. Jednym z nich był pierwszy koncert Morowych Panien, który odbył się 19 lipca w filii Centrum Artystycznego Fabryka Trzciny na skwerze Hoovera w Warszawie. Projekt ten zakładał kilkanaście utworów mówiących o kobietach, które brały udział w Powstaniu, z jednoczesnym odniesieniem do tych współczesnych. Muzycznie miały one nawiązywać do różnych stylów, począwszy od muzyki niezależnej, przez klubową aż po reggae, dlatego nikogo już nie powinien dziwić fakt, że za oprawę instrumentalną odpowiadał jeden z najpopularniejszych polskich zespołów tego gatunku – Maleo Reggae Rockers.

Mimo dwudziestominutowego opóźnienia i upału nie dało się przejść obojętnie wobec tego wydarzenia. Szczęśliwcy z wejściówkami VIP, siedzący na ustawionych nieopodal sceny krzesłach, mogli w pełni oddać się muzyce, a przede wszystkim atmosferze, jaka szybko zapanowała na Krakowskim Przedmieściu. I to nie dlatego, że średnia wieku tego wieczoru wynosiła jakieś sześćdziesiąt lat, ani nie przez sąsiedztwo Starówki i pogłębiony kontekst historyczny. Czystym faktem było to, że na Rocie wstali wszyscy, młode osoby również, a wplecenie jej słów w muzykę, bądź co bądź jednak wybitnie rozrywkową, nie umniejszyło jej znaczenia. Wyśpiewywane, opowiadane i rapowane historie o strachu, bólu i stracie w zestawieniu ze współczesnością nabierały nowego znaczenia. Może dlatego wszyscy siedzieli pogrążeni w jakiejś wyjątkowo brzmiącej ciszy i może dlatego jedna z wokalistek autentycznie się wzruszyła – by następnie wzruszyć publiczność. Dzięki Morowym Pannom okazało się, że o rzeczach tak ważnych i tak pełnych patosu można mówić w zupełnie prosty sposób, co więcej przy dźwiękach muzyki wybitnie niosącej radość i wolność – reggae. Ta zmiana sprawi, jeśli już tak się nie stało, że to wielkie wydarzenie chętniej będą mogli odbierać młodzi ludzie, dziś rzadko sięgający po historię. Podejrzewam, że to był jeden z celów tego projektu – wyciągnięcie ręki współczesnych w stronę tamtych trudnych czasów oraz w stronę młodych osób żyjących teraz.

Jeśli jednak chodzi o kwestie czysto techniczne, to niestety nie obyło się bez potknięć. Generalne zastrzeżenie dotyczy wokali, które w większości były za cicho, a także akustyki. Niestety, wydarzenia plenerowe rzadko kiedy się sprawdzają, jeśli miejsce jest ku nim wybitnie nieprzystosowane. Skwer Hoovera, mimo niewielkiej sceny, był, więc odbiór muzyki sporo na tym tracił.

Mimo tego jednak zdecydowana większość osób nie przyszła tam w roli krytyków muzycznych, ale po to, by posłuchać jak brzmią utwory współczesnych dziewczyn oddających hołd tym, które kiedyś walczyły o to, by stolica mogła być wolna. Zapomniawszy na chwilę o potknięciach technicznych przyznam, że warto było tam pójść. Czuło się, że wszystkie wyśpiewywane słowa są naprawdę szczere. A o to przecież chodziło.

Monika Pomijan