Rita Pax – wywiad

Rita Pax – wywiad

Paulina Przybysz pokazuje się nam w nowej odsłonie.

Stworzyła zespół, który już teraz stawiany jest obok największych gwiazd rodzimej sceny alternatywnej.  W skład Rita Pax wchodzą   dodatkowo muzycy związani m.in. z Noviką, Brodką, Afro Kolektywem czy Newsest Zealand.

Z Pauliną spotkałem się w jednej z warszawskich kawiarni, tam też padło parę słów o Beatelsach, szufladzie i śpiewaniu po flamandzku.

Mateusz Grzeszczuk: Czasami oglądałem popowe teledyski i zauważyłem, że artyści umieszczają na nich poszczególne słowa piosenki. Wy z kolei pokusiliście się o cały tekst. Skąd ten pomysł? Polacy nie znają angielskiego ?

Paulina Przybysz: Wiesz co, wydaje mi się, że generalnie ludzkość, nie mówię tu tylko o Polakach (może oprócz mieszkańców krajów anglojęzycznych) słucha muzyki po angielsku, tak jak muzyki instrumentalnej. Przywiązują się do głosu, riffu, melodii, słuchają go, ale rzadko kiedy siadają i analizują cały tekst. Kiedy zatem tekst jest w innym języku – szukamy wokalisty i emocji. Analizujemy: podchodzi nam głos, nie podchodzi. Tak wynika przynajmniej z moich obserwacji, bo kiedy pytam się znajomych o różne utwory, to mówią: no, no, fajne takie, takie. Mało kto zagłębia się w treść, w to że piosenka może być przewrotna, że piosenka taneczna może traktować o śmierci, np. Beatelsi stworzyli mistrzowskie utwory, pozornie komediowe, a w rzeczywistości były tragiczne typu “Piggies” z White Album. Traktowały o politykach, wojnach, a śpiewane były jak jakieś kabaretowe piosenki folkowe. Nasz numer “Brain” np. traktuje o braku integralności w człowieku i o pewnej niemocy, a w sumie brzmi jak niezła impreza.

Zawsze chciałam zrobić klip, który byłby dosłowny. Taki, który dokładnie przedstawiałby to, co śpiewa wokalista. Często reżyser próbuje dorobić tą drugą połać, co jest oczywiście dodatkową formą sztuki i jest to drugie życie piosenki co jest ekstra, ale ciężko czasami jest nadać spójny, jasny przekaz. Dlatego napisy okazały się dla mnie ciekawym pomysłem. Teraz często jeżeli ktoś wypowiada się na temat “I on You” mówi: fajna piosenka, fajny tekst. O ile mu się oczywiście podoba. To się nie zdarzało nigdy wcześniej, żeby ktoś zwracał uwagę na jedno i drugie. Autentycznie pytają, kto pisał tekst i tak dalej, uważam to za sukces akcji i chciałabym kontynuować taką koncepcję.

Jeżeli siedzimy w warstwie tekstowej. Jeden z waszych fanów napisał na Facebooku, że ceni sobie fakt, iż nie wrzucacie na swój profil tylko pochlebnych opinii. W jednej recenzji można było przeczytać, że jednak Paulina Przybysz dobrą poetką to nie jest.

Sama ją udostępniłam na swojej prywatnej osi czasu. Nie ma na świecie obiektywizmu, więc ja mam pełen luz.

A jak powstają Wasze teksty? Przypływ chwili, czy dzielisz pisanie na poszczególne etapy pracy nad nim?

Mam raczej tak, że piszę paralelnie. Bywają takie momenty, że siadam i piszę kilka słów, które przychodzą mi do głowy, ale generalnie jest tak, że siadam przy pianinie i śpiewając frazę od razu narzuca mi się tekst. Nie do końca rozumiem ten proces, kiedy ludzie piszą frazę muzyczną, śpiewając ją po tzw. flamandzku i należy do tego dokleić zdania. To bardzo trudne i bardzo rzadko udaje się stworzyć coś sensownego. Wiem to, ponieważ często od ludzi dostaję piosenki śpiewane po flamandzku z prośbą o napisanie tekstu i ogromnie się z tym trudzę. Coś finalnie wychodzi, ale jest to dla mnie żmudny i trudny proces, trochę jak klasówka, ale lubię ten wysiłek.

A w Sistars to Ty byłaś odpowiedzialna za warstwę słowną?

Tak, znaczy też :) Połowicznie, ja i moja siostra. Dla mnie Sistars jest takim okresem, jakby trochę warsztatów przygotowania do życia w muzycznej rodzinie.

Pisanie pojawiło się wraz z tworzeniem muzyki, czy wcześniej zapisywać coś do tzw. ‘’szuflady”?

Mam strasznie wiele rzeczy zapisanych do szuflady. Teraz, są to już katalogi w komputerze. Już za czasów Sistars, wiele kompozycji było od początku do końca moich, później dopiero produkowanych przez Marka i Bartka i oczywiście zyskiwały cały charakter brzmienia i to coś sistarsowego. Często w tym procesie powstawały też nowe części i tak dalej, ale faktycznie przynosiłam kompozycje, bo zawsze tworzenie było dla mnie równie wielką frajdą jak samo w sobie śpiewanie. Poza tym o wiele lepiej śpiewa się frazy, które się sobie piszę niż te, które ktoś dla ciebie kleci, dlatego do dziś uwielbiam śpiewać np. “Inspirations”.

Wiele razy wspominaliście w rozmowach, że znacie się od podstawówki, ale zaczęliście ze sobą grać stosunkowo późno. Co było takim impulsem, który zmotywował Was do tego, aby jednak zebrać się, zagrać coś wspólnie?

Myślę, że był to bardzo naturalny impuls, stricte muzyczny. Napisałam piosenki, po czym je odłożyłam i zastanawiałam się, co mam z nimi zrobić. Czułam, że musi być to świeża krew i jakoś przy okazji podróżowania po MySpace znalazłam Excessive Machine.

Zespół, który właściwie jeszcze nie wydał płyty, cały czas na nią czekam (śmiech), ale ma kilka numerów na serwisie. Później dopiero się przyjrzałam, że są to moi koledzy, z którymi stałam co pół roku pod drzwiami auli na Miodowej czekając na egzaminy z wiolonczeli. Stwierdziłam, że skoro mój mózg zareagował ciarkami, kiedy to usłyszałam, w dodatku jeszcze się znamy, to należy wystosować do nich odpowiedniego maila, przypominając o swojej egzystencji (śmiech). Razem z tym mailem załączyłam im .zip z piosenkami, po czym chętnie chcieli się w to zaangażować. Dostał go też ich perkusista Remek, którego nie sposób było nie kojarzyć z Bednarskiej. Później dołączyła do nas Kasia Piszek, którą wybraliśmy spośród tysięcy klawiszowców i tak powstał skład.

Tworząc zespół mieliście na pewno świadomość, że robicie coś zupełnie nowego. Myśleliście o tym, że w Polsce mamy deficyt na oryginalność?

To jest bardzo trudne pytanie, bo ja jako kobieta pracująca, intensywna matka, mam mało czasu by na tyle zgłębić scenę, by móc wydać taki osąd :) Co jakiś czas ktoś pokazuje mi wiele ciekawych płyt typu Fismoll i jakby nie mogę powiedzieć, że narzekamy na brak oryginalności. Myślę, że narzekamy na brak ekspozycji, nowych, ciekawych rzeczy.

Teraz ja mam pytanie! Mogę iść po cukier (śmiech)?

Tak, jasne!

Mówiłaś o opiniach, a czy ktoś Ci kiedyś mówił, że brzmisz jak Jill Scott?

Tak, bardzo dużo słuchałam jej w młodości, niewykluczone, że przejęłam podświadomie jej aproach, numer “Long Walk” i “It’s Love” zaśpiewałam w życiu pewnie z tysiąc razy. Co do opinii, oczywiście bardziej mi to schlebia, niż ubliża.

Na Waszej płycie macie też utwory ”nie wasze”. Dlaczego akurat takie wybory?

To jest też trudne pytanie, bo nie mam takich racjonalnych uzasadnień, co do wyborów. Po prostu są takie piosenki, do których ktoś ”przykleja się” i zostaje. Wywołują one taką ciarkę wokół, obok której nie można przejść obojętnie. Na pewno “Instant Karma” mnie jakoś uwiódł tekstowo, bo był takim numerem ”całościowym”. Są piosenki ”wycinkowe”, które traktują o poszczególnych etapach życia romantycznego artysty, albo takie, które traktują o jakimś mieście, jakiejś przygodzie, konkretnym problemie, czy osobie, a są także takie utwory, które mają takie ”BUM”, podsumowujące jak “Instant Karma”, takie swoiste memento mori. Tak też “The Pretender” ma w sobie taką dozę ”podsumowującą”. Właściwie na tej płycie nie ma żadnych piosenek romantycznych typu I love you, I love you, You love me, You don’t love me, za wyjątkiem lirycznego erotyku “Sunny Spine”. W związku z czym, te piosenki odpowiednio wpadły do utworów, może nie aktywistycznych, ale takich oglądowych na świat.

Padło też określenie, co do Waszej muzyki, iż są to utwory dla ”zbuntowanych salonowców”. W recenzjach, opiniach, ktoś próbował to wyjaśniać na swój sposób, a jak Wy rozumiecie akurat to stwierdzenie?

Generalnie czuje się jak zbuntowany salonowiec, bo pisałam tę płytę siedząc w salonie i być może jest tam coś buntowniczego. Tak na serio to różne próby zaszufladkowania sztuki to jest to dla mnie osobny zawód . Nigdy nie biorę się za definiowanie muzyki, bo zupełnie mi to nie wychodzi. Wiem, że muzyka jest jak rasy ludzkie. Jesteśmy już bardzo wymieszani i ciężko znaleźć nam tą jedną ”czystą rasę”. Tak samo jest w muzyką. Nie ma już czystego rocka, czystego popu, wszystko jest w różnych proporcjach zmiksowane. I dobrze! Muzyka żyje w dźwiękach, słowo pisane, dziennikarskie to jest osobna działka i z całym szacunkiem dla waszego zawodu są marne szanse, żeby wiernie muzykę opisać słowami.

Płyta została nagrana latem, a trasa koncertowa planowana jest na jesień. Skąd ten zabieg?

Myślę, że to kwestia planowania i pewnych zbiegów zdarzeń. Pierwotnie myśleliśmy żeby płytę wydać tylko cyfrowo, bo po trudach z tematami dystrybucyjnymi, sklepami i generalnie trudnym rynku płytowym nie mieliśmy na to siły. Jednak po rozmowie z Maćkiem Pilarczykiem z Chaos Menagement , do którego przyszliśmy z tematem koncertów zostaliśmy przekonani, że nośnik fizyczny jeszcze nie umarł i że byłoby szkoda gdyby ten materiał utopił się gdzieś tylko w sieci. Zabraliśmy się więc z buta do roboty i płyta wyszła w czerwcu. Wtedy nikt nie wydaje płyt, bo wakacje i tak dalej. Nie chcieliśmy ładować się na festiwale jak w oferty last minute gdzieś tam na doczepkę. Pracowaliśmy promocyjnie, zagraliśmy jeden przemiły koncert w Placu Zabaw dla warszawskich interesantów i szykujemy się na jesienne grania.

Kiedy zakładaliście zespół mieliście świadomość, że jesteście grupą doświadczonych ludzi. Z kolei dobry skład może być zagrożeniem dla spontaniczności na rzecz różnych “kombinacji”? Mieliście czas, ochotę bawić się muzyką, czy wszystko bywało elegancko poukładane?

Myślę, że zupełnie nie! Pierwszy raz czuję, że w tym projekcie bawię się świetnie. Być może to wynika z tego, że w końcu, kiedy wszyscy drepczemy powoli w kierunku swoich ”trzydziestek”, to mamy większą świadomość niż parę lat temu, kiedy każdy z nas jakąś inną ścieżką wchodził na rynek. Jako dzieciaki trochę czekaliśmy, aż środowisko nas pogłaszcze, zaakceptuje, a starsi muzycy powiedzą: eeee, jesteś fajny, możesz z nami grać. To jest ten moment kiedy czujemy się ze sobą coraz lepiej i w końcu możemy grać taką muzykę, jaką chcemy… Totalnie zrelaksowałam się, porodziłam dzieci, a to zmienia we łbie u kobiety (śmiech).

Nie zastanawialiście się nad tym, dlaczego wcześniej nie trafiliście na siebie?

Nie było takiej dyskusji, aczkolwiek po koncertach mamy ciekawe dyskusje, więc pewnie do tego dojdziemy!

Liczę na odpowiedź na to pytanie!

Oczywiście damy znać :)

rozmawiał: Mateusz Grzeszczuk