Robin McKelle – “Introducing Robin McKelle”

robin-mckelle-introducing.jpg Robin McKelle – “Introducing Robin McKelle”

Cheap Lullaby Records / 2006

Odświeżenie czarno-białej formuły.

Przenosimy się do lat 40. XX wieku. Orkiestrowy big band tworzy osobliwy klimat, a Robin swoim głębokim i niskim wokalem nie daje słuchaczom uciec od asocjacji ze starszymi jazzowymi hitami. Tak, jest pompatycznie. Trudno jednak uniknąć wzniosłości, kiedy wokalistce towarzyszy około 20 instrumentalistów. Znak charakterystyczny tych piosenek. McKelle czasami wycofuje się, ustępując na przykład solistom obsługującym trąbkę. Jednakże artystka czyni to świadomie, o zagłuszaniu nie może być mowy, gdyż dysponuje bardzo mocnym głosem i kiedy tylko chce przebija się przez instrumentalny hałas.

“Introducing Robin McKelle” to płytowy debiut wokalistki. Co prawda w 2006 roku album ukazał się w USA ale Europejczycy musieli jeszcze trochę na premierę poczekać. W 2008 premierę miał kolejny krążek – “Modern Antique”, zawierający m.in. cover znanego bardzo dobrze  w Polsce przeboju “Abracadabra“. Po kolejnych dwóch latach Amerykanka wydała “Mess Around”  i wtedy występowała w Polsce; w 2010 roku pojawiła się w Polskim Radiu Szczecin, a także na festiwalu “Jazz na Starówce” w Warszawie.

Pomimo debiutanckiego charakteru krążka, nie ma tutaj żadnej tremy czy niepewności. Pewna swoich umiejętności, pewna miłości do muzyki pragnie się podzielić interpretacjami starszych piosenek. Robin wczuwa się w muzyczno-liryczny kontekst utworów, na szczęście nie przekracza granicy dzielącej jej autentyczność od wyczuwalnej i dyktowanej u innych artystów stylizacji.

Wśród interpretowanych utworów znajduje się m.in. wielokrotnie rewitalizowany w świecie muzycznym “Bei Mir Bist Du Schoen” – żydowski kawałek często tłumaczony na angielski. W wykonaniu McKelle z oryginału ostał się de facto tylko powtarzany w refrenie tytuł. Niemniej i tak słucha się tego dobrze. W “Night & Day” Amerykanka demonstruje swoje możliwości trzymania nuty na wydechu, pozwalając sobie jednocześnie na forte. Kilkadziesiąt minut upływa miło i szybko. Rozpasanie instrumentalne może uwierać ale przy odpowiednim dozowaniu album dostarczy przyjemności.

Łukasz Stasiełowicz