Relacjeprzemek

Różne oblicza tegorocznego OFF Festivalu

Relacjeprzemek

Różne oblicza tegorocznego OFF Festivalu

Eklektyzm ponad wszystko.

To najbardziej eklektyczna i pełna skrajności edycja OFF Festivalu. Tym razem przemierzymy drogę od syryjskiego wesela po współczesny black metal – napisał we wstępie do festiwalowej książeczki Artur Rojek. Mimo, że te słowa mogą się wydawać pustym sloganem, to zawierają one sto procent prawdy. Tegoroczny OFF był atrakcyjny dla wszystkich siedzących w alternatywnych brzmieniach, zarówno tych tanecznych, eksperymentalnych, jaki i etnicznych.

OFF hałasująco-eksperymentujący

Nie ukrywam, że to właśnie ta twarz festiwalu interesowała mnie najbardziej. O ile AIDS Wolf dali koncert frapujący – śliniąca, połykająca i gryząca mikrofon wokalistka plus kompletnie arytmiczny duet perkusisty i gitarzysty – ale na dłuższą metę mało zaskakujący i słabo urozmaicony, to przy Oneidzie nie trudno było o katharsis. Ambientowy początek z “Abolute II” nie zapowiadał rytuału, jaki miał się rozegrać za chwilę. Kiedy do perkusisty grupy Kida Millionsa dołączył perkusista Liturgy Greg Fox, rozpętała się ekstaza. Dla mnie ten koncert miał tę samą funkcję, co ZS w zeszłym roku – był strumieniem świadomości, cudownym transem, który wciągnął od pierwszej sekundy.

W sferze hałasująco-eksperymentującej spory wkład miało też polskie Karbido, grające wszystko, co tylko możliwe na specjalnie przez siebie skonstruowanym stole – czy to The Stooges czy “Siała baba mak”.

OFF szatański

Meshuggah pokazała dokładnie to, czego się po niej spodziewano: perfekcyjnie techniczny, matematyczny metal bez obciachowych solówek i innych przywar gatunku. Miło było patrzeć, jak kolorowo ubrany tłum, w którym długowłosi, ubrani na czarno panowie stanowią mniejszość, świetnie przyjął ten występ. Podobny poziom zaprezentowało Liturgy. Niby to black metal, ale ilość inspiracji i odniesień choćby do wykonawców noise’owych i math-rockowych była tak duża, że bez przeszkód z przyjemnością mogli tej muzyki słuchać kompletnie zieloni w temacie. Jedynie palona na stosie wiedźma na wokalu mogła drażnić. Nie można także zapomnieć o trójmiejskim Blindead, który mimo tego, że grało o godzinie 15, dał świetny występ.

OFF do pląsów

O dziwo, najlepsze pląsy w Dolinie Trzech Stawów zapewnili przybysze z egzotycznych krajów. Wizerunek Omara Souleymana był, zdaje się, jedną z najczęściej komentowanych rzeczy podczas imprezy, zaś to, że namiot eksperymentalny przetrwał ten wariujący tłum to cud. Zresztą cud zdarzył się potem po raz drugi, kiedy to w niedzielę Konono No. 1 rytualnym pulsem prosto z Konga porwało wszystkich na podobnie pękającym w szwach parkiecie, nawet tych stojących na zewnątrz w deszczu. Zamykającemu dużą scenę festiwalu Awesome Tapes From Africa nie pozostało zagrać już nic innego, jak spokojny, relaksujący set.

Ominęły mnie niestety wielkie pląsy przy YACHT i Twin Shadow, zaś z laptopowców widziałem jedynie Actress, który narobił wielki apetyt świetną płytą “Splazsh”, zaś na żywo okazał się sporym rozczarowaniem. Za to kompletnie zrehabilitowali się w moich oczach Factory Floor, którzy na Primaverze nie potrafili wykrzesać z siebie niczego sensownego, za to teraz na OFFie zaprezentowali coś, co można określić tanecznym industrialem. Junior Boys byli tak słabi, że szkoda o nich pisać.

OFF rozmarzony

Instrukcja obsługi dla wszystkich, którzy będą mieli okazję być na koncercie Barn Owl: przyjdźcie na miejsce koncertu, usiądźcie, zamknijcie oczy i przenieście się do jakiegoś bardzo ciepłego i słonecznego miejsca. Tworzone przez duet drone’y pochłaniały całkowicie, o czym świadczył głośny aplauz.

Po Oneohtrix Point Never spodziewałem się delikatnych ambientowych plam, a nie nijakiego seta wypełnionego samplami z pociętymi liniami wokalu.

OFF popowy

Jeśli chodzi o lekkie, chwytliwe melodie, to Destroyer wyprzedził resztę line-upu  o kilka długości. Dan Bejar z brodą, długimi włosami oraz flegmatycznym sposobem poruszania się, wyglądał jak francuski smakosz, tylko potęgując atmosferę elegancji. Towarzysząca mu sześcioosobowa ekipa muzyków, tworzyła imponujące, bardzo wierne płytom aranżacje. Glasser pomimo wysokich umiejętności wokalnych, wypadła bez charakteru, za to Czesław wraz z Tesco Value nieźle sobie poradził, mocno angażując się w występ. Junip był niestety monotonny i mało wciągający.

Hype, jaki pojawił się wokół występu Ariel Pink’s Haunted Graffiti na tegorocznym OFFie, przerósł wszelkie proporcje. Dla mnie o odbiorze tego występu decydowała cecha, która dodaje sporego uroku nagraniom studyjnym, a na żywo denerwuje: niedoskonałości wokalne samego Ariela. On i jego kapela nie zagrali źle – ba, dali dobry występ – ale miałem wrażenie, że uciekła gdzieś ta mgiełka nostalgicznego popu.

OFF gitarowy

Twórcy szeroko rozumianej muzyki gitarowej byli na OFFie najliczniej reprezentowani, głównie wśród headlinerów. Mogwai zagrał niewyraziście, tonąc w post-rockowych ballado-kołysankach, zamiast postawić na utwory mocniejsze, takie jak rewelacyjne “Rano Pano”. Primal Scream całkowicie stanęło na wysokości zadania, grając “Screamadelicę” z mistrzowskim rozmachem, bardziej stawiając na rock’n'roll w stylu Rolling Stones, aniżeli kolorowego, acid house’owego tripa na kwasie. Blonde Redhead poradzili sobie bardzo dobrze, pomimo, że sprzeniewierzyły się przeciwko nim wszystkie festiwalowe demony – problemy sprzętowe, grali za dnia i to w dodatku na scenie głównej, na której bardzo trudno odtworzyć melancholijny klimat, jaki cechuje ich płyty. A jednak, udało im się.

Podobny los (duża scena i światło słoneczne) czekał Liars. Tym razem z pomocą przyszła pochmurna pogoda, budując adekwatną posępność. Na szczęście przez te wszystkie lata nowojorczycy nie stracili najważniejszego, czyli pierwotnej plemienności. Z kolei dEUS dostarczył najbardziej klasyczno-rockowego koncertu z wszystkich gigów festiwalu, porywając ze sobą moknący w deszczu tłum.

W kategorii luzu i czerpania przyjemności ze wspólnego grania, bezsprzecznie wygrał zamykający ostatniego dnia Scenę Leśną Sebadoh. Lekkość i naturalność indie rockowych przebojów powodowała, że trudno było nie wsiąknąć momentalnie w to, co wyczyniał Lou Barlow i jego koledzy.

Na korzyść Polvo wypadło ich spóźnienie, bowiem zagrali w niewielkim namiocie eksperymentalnym o 2.40, gdzie bez problemu udało im się wytworzyć odpowiedni klimat, a także zbudować potężne jak czołg brzmienie. I nie chodzi tu wcale o ilość przesterów czy głośność, ale o specyficzną siłę, która biła od ich riffów.

Na sam koniec pozostawiłem dwa bardzo młode zespoły, o których z pewnością jeszcze usłyszmy. Ringo Deathstarr to przeboje schowane pod shoegaze’ową ścianą, które znakomicie pasowały do gorącego, popołudniowego słońca. Najwięcej miłośników pod sceną zgromadziła oczywiście ubrana w sukienkę, przeurocza basistka Alex Gehring. Drugą kapelą wartą dużej uwagi, jest Dry The River, zasługujący na miano największego odkrycia festiwalu. Połączcie piękne harmonie wokalne Fleet Foxes, melodyjność Arcade Fire, sceniczną żywiołowość i gitarowy brud, a otrzymacie Brytyjczyków. Wielkie wrażenie robiło zgranie zespołu na tak wczesnym etapie działalności (debiutanckim album dopiero przed nimi).  Śledźcie losy Dry The River, bo wszystko wskazuje na to, że za pół roku będą już gwiazdami.

Krzysztof Kowalczyk


Relacja Michała Wieczorka

Fotorelacja z 1. dnia festiwalu
Fotorelacja z 2. dnia festiwalu
Fotorelacja z 3. dnia festiwalu