Relacjeprzemek

Ściana światła i lawina gitar

Relacjeprzemek

Ściana światła i lawina gitar
Warszawa/19.10.2016

Relacja z koncertu Explosions in the Sky.

Nie było ich w Polsce od dwunastu lat, ale ja słucham ich dopiero od dziesięciu. W 2006 roku, po Mogwai i przed Godspeedem czas się zatrzymał i zakochałam się w charakterystycznym, ciepłym brzmieniu gitar Teksańczyków. I oto wreszcie, po tych 10 latach, mogę sobie odhaczyć, Explosions in the Sky zobaczone – a koncert spełnił wszystkie oczekiwania.

No, może poza jednym, ale tego już nawet przestałam oczekiwać, to znaczy oczywiście utworów z debiutu. Nie było w Warszawie nic a nic z “How Strange, Innocence”, poza jej barwą i mocą, bo to jest u tego zespołu niezmienne. Ale nie ma co narzekać, bo i tak sięgnęli dosyć daleko w przeszłość, poza najnowszym materiałem z płyty “Wilderness” grając kompozycje z “Those Who Tell the Truth Shall Die, Those Who Tell the Truth Shall Live Forever” (2001), “The Earth Is Not a Cold Dead Place” (2003) i “All of a Sudden I Miss Everyone” (2007), czyli opuszczając oprócz debiutu jeszcze tylko “Take Care, Take Care, Take Care” (2011) (pomijam “The Rescue” i soundtracki). I dobrze zresztą, bo ten akurat album na tle tych poprzednich wypada blado.

Zanim jeszcze o tym, jak było pięknie, mimo losowych przypadków udało mi się dotrzeć na aż dwa kawałki polskiego supportu, grupy Spoiwo. Post-rock, czyli muzyka na wiele gitar, ma tę magiczną właściwość, że na żywo brzmi prawie zawsze cudownie. Dlatego też i support grał ślicznie, choć gdy wsłuchać się w kompozycje, człowiek zaczyna wietrzyć, jak to może wyglądać podczas słuchania w domu. Otóż – nieciekawie. Ale, że na żywo źle nie było, nie wysnuwajmy zbyt śmiałych wniosków i pozostańmy przy tym, że całkiem miło się tej muzyki gitarowo-klawiszowej słucha.

Przejdźmy zatem do gwiazd wieczoru, czyli Chrisa Hrasky’ego na bębnach oraz panów gitarzystów – Michaela Jamesa, Munafa Rayani, Marka Smitha oraz Carlosa Torresa, który wspomaga zespół podczas koncertów. Panowie grali na gitarach elektrycznych (także smyczkiem) i basowych, na grzechotkach i przeszkadzajkach, na klawiszach.

Koncert był spójną całością – wszystkie utwory połączyli w jeden, doskonały, meandrujący splot dźwięków. Były wejścia i momenty delikatne, w których instrumenty ledwie muskano, a publiczność wykorzystywała cichsze chwile na oklaski; były łagodne drżenia oraz minuty wolno snujących się tonów. Były też brutalne inwazje dźwięków, burze pełne przesterów i gitarowych kłótni, w których ściana dźwięku konkurowała ze ścianą oświetlenia. Scena klubu Progresja była bowiem prześlicznie oświetlona reflektorami ustawionymi na podłodze i skierowanymi na sufit, co dawało bardzo ciekawy efekt. Kolorystyka przeważała ciepła, od chłodniejszych błękitów do częstszych czerwieni, pomarańczy i różów, do kawałków z “Wilderness” światła migały w dyskotekowym ferworze, do nastrojowego “Your Hand in Mine” muskały błękity i fiolety słodkim różem.

Na setliście obok “Wilderness”, “The Ecstatics” i “Colours of Space” z nowego albumu nie zabrakło starszych kompozycji jak “Greet Death” czy “Your Hand in Mine” właśnie. Zachwycały gitarowe rozmowy z “First Breath After Coma” czy “The Birth and Death of the Day”. Przejścia od cody do wyciszenia i z powrotem biegły przez krainę barwnych emocji, dźwięków migotliwych, ciepłych i podnoszących na duchu. Apogeum gitarowej ekstazy przypadło na kończący występ “The Only Moment We Were Alone”, w którym muzycy bez reszty oddali się szaleństwu grania, pogrążając nas w burzy intensywnych, hałaśliwych dźwięków.

I choć bisu, jak zawsze w ich przypadku, zabrakło, to wyszłam z tego koncertu w pełni przekonana, że ziemia nie jest zimnym, martwym miejscem.

Katarzyna Borowiec