She & Him – “Volume Two”

shehimvloumetwo.jpeg She & Him – “Volume Two”
Merge/2010

Druga płyta amerykańskiego duetu.

Ona – Zooey Deschannel, młoda, zdolna oraz śliczna aktorka, która nie schodziła z ust widzów w 2009 dzięki bardzo dobrej roli w filmie 500 Dni Miłości. On – Matthew Stephen Ward, znany jak M.Ward, jeden z najbardziej uznanych, młodych amerykańskich singsongwriterów, który oprócz kariery solowej może się poszczycić m.in. udziałem w folkowej supergrupie Monsters of Folk. Ona śpiewa i gra na klawiszach, urzeka swoimi kobiecymi kreacjami. On zawsze ma poważną minę pasującą do poważnego artysty, w tym wypadku głównie gitarzysty. Pozostaje tylko pytanie, jak to połączenie mogło nie wypalić.

Widząc duet składający się z dwóch osób przeciwnych płci, oczekuję unoszącej się w powietrzu chemii. Przykładów na to, jak różnie może taka relacja wyglądać, dostarczają nam choćby Blood Red Shoes lub The XX – to ostatnie duetem co prawda nie jest, ale wszystko się u nich kręci wokół wokalisty i wokalistki. W wypadku She & Him nie wyczuwam żadnej iskry, unoszącego się w powietrzu napięcia, wszystko jest do bólu poprawne.

To, co najlepsze, dostajemy na początek albumu, zanim konwencja nie znudzi się słuchaczowi – “Thievs” oraz “In The Sun” słucha się z zaciekawieniem. Potem album się rozjeżdża, ponieważ człowiek orientuje się, że usłyszał już wszystko, co duet ma do zaoferowania. W każdym kawałku dostajemy to samo – słodką balladę pełną delikatnych, gitarowych solówek, indie-popowych melodii i chórków sprzed kilku dekad. Po prostu sama słodycz. A chwytliwych, naprawdę dobrze napisanych piosenek ani widu ani słychu.

Z pewnością nie jest tak źle, jak w wypadku muzycznych prób Scarlett Johansson, ale do poziomu płyt Charlotte Gainsbourg, She & Him jest daleko. Volume Two nie dostarcza nam niczego oprócz zestawu przyzwoitych piosenek. Po tak utalentowanej dwójce można było się spodziewać znacznie więcej.

Krzysztof Kowalczyk