Relacjeprzemek

Simon Finn w gdańskiej Łaźni

Relacjeprzemek

simon-finn.jpg Simon Finn w gdańskiej Łaźni

Simon Finn to z pewnością osobliwa postać. Najpierw, posiadając 20 wiosen, na przełomie lat 60-tych i 70-tych nagrywa psychofolkowy album wyprzedzający epokę. A potem znika na jakieś 30 lat. Następnie na początku nowego tysiąclecia powraca, wydaje dwa albumy i wreszcie trafia do Polski.

To z pewnością był jeden z najdziwniejszych koncertów, na jakich byłem. Facet, który bywał supportowany (!) przez Thurstona Moore’a (tak, to ten od Sonic Youth) oraz Grahama Coxona (yhym, gitarzysta Blur) i który współpracował z liderem Antony & The Johnsons, zagrał dla około 40 osób w niewielkiej sali gdańskiej Łaźni. Koncert był darmowy, a sama Łaźnia znajduje się w części Gdańska, w której od czasu do czasu lubią polatać sobie w powietrzu noże i siekiery. To trochę tak, jakby Thom Yorke miał grać w łazience na domówce u twojego kumpla.

Mea culpa, na support w postaci Bartłomieja Wołynica niestety się spóźniłem. Sam Simon Finn, akompaniując sobie jedynie przy pomocy gitary akustycznej, zagrał mniej więcej 40 minutowy koncert. Charyzma, jaką posiada muzyk, pozwoliła mu stworzyć atmosferę pełną skupienia. Praktycznie każda piosenka była śpiewana przez niego z wielką pasją. Artysta w widoczny sposób otworzył się na widownię, wkładając w swój występ duży ładunek emocji. Setlistę stanowiły utwory ze wszystkich trzech płyt Finna, a jeśli miałbym wskazać swojego faworyta, to postawił bym na świetne wykonanie “Jerusalem”.

Krzysztof Kowalczyk