Relacjeprzemek

Skrzyżowanie Kultur

Relacjeprzemek

Skrzyżowanie Kultur
21-27.09.2015/Warszawa

Pod Pałacem Kultury po raz jedenasty zagościła muzyka z całego świata.


Wydawało się, że Skrzyżowanie Kultur dopadł kryzys. Dwie poprzednie edycje były rozczarowujące. Dużo krótsze niż wcześniejsze (festiwal został skrócony z sześciu do trzech dni), pełne programowych niewypałów. Szczególnie bolało to w zeszłym roku, na jubileuszowej odsłonie. Teraz było inaczej dzięki większej hojności miasta na sześćdziesięciolecie Stołecznej Estrady. Mimo to nie obyło się bez wątpliwych wyborów i kilku rozczarowań.

Zacznijmy jednak od pozytywów. Już sama obecność Kayhana Kalhora, jednego z najwybitniejszych irańskich muzyków sprawiała, że tegoroczna edycja była punktem obowiązkowym w moim kalendarzu. A przecież jeszcze tego samego dnia występował Alireza Ghorbani, którego koncert był najbardziej poruszającym momentem Ethno Portu 2013.

Poprzednio widziałem Kalhora z Erdalem Erzincanem, do Warszawy przyjechał w towarzystwie Ali Bahramiego Farda, grającego na santurze, dziewięćdziesięciosześciostrunowych cymbałach. To oznaczało, że w Warszawie zabrzmi jedno z najbardziej zaangażowanych dzieł Kalhora – “I Will Not Stand Alone” – zainspirowane irańskimi protestami w 2009 roku. Półimprowizowana kompozycja trwała ponad godzinę, podczas której Kalhor swoją i tak już zmodyfikowaną kemanczę (irański instrument strunowy, przypominający skrzypce) wykorzystywał nietypowo, nie tylko grał smyczkiem, ale szarpał za struny, a nawet traktował je jak perkusję. Niestety, wrażenie psuł za duży pogłos, który momentami wzruszającą muzykę zbliżał do tandetnego new age. Ale to były tylko momenty. Bahrami Fard nie ograniczył się tylko do towarzyszenia i akompaniowania – muzycy prowadzili ze sobą dialog, wymieniając się motywami. Podobnie, ale inaczej niż na albumie, kazali skupić na sobie całą uwagę, przenosząc publiczność na pustynie Chorezmu, do tętniącego życiem Teheranu, Szirazu.

Nie wiem, czy zadecydował dwa lata temu efekt świeżości, ale poprzedni koncert Alirezy Ghorbaniego przeżyłem dużo mocniej. W Warszawie zagrał krótko, skupiając się na ostatnim projekcie, perskich pieśniach miłosnych.

Bardzo czekałem również na macedońską Kocani Orkestar, legendę bałkańskich orkiestr dętych. 10 muzyków, dwóch wokalistów, same dęciaki i jeden bęben – to nie mogło się nie udać. Od pierwszych przeszywających dźwięków trąbek do samego końca Kocani Orkestar zamienili namiot festiwalowy w bałkańskie wesele. Nieparzyste rytmy, niezwykła charyzma wokalistów oraz porywająca muzyka sprawiły, że publiczność prawie od razu poderwała się z siedzeń do tańca. Entuzjazm był tak duży, że zespół wyszedł na bis. Prosto do publiczności, gdzie zagrali bez żadnego nagłośnienia, bo przecież tak naprawdę go nie potrzebowali. To nie wszystko, muzycy stworzyli korowód, na którego czele wyszli do atelier, by tam grać przez kolejny kwadrans. Brakowało tylko strumieni śliwowicy, a byłoby jak na filmach Kusturicy.

Występ kurdyjskiej legendy, Sivana Perwera, był największym zaskoczeniem festiwalu. Na początku było dość monotonnie, Perwer okazał się lepszym instrumentalistą i wokalistą, a razem z zespołem wydawali się trochę wycofani. Wszystko zmieniło się, gdy Perwer poprosił o zaintonowanie kurdyjskiej piosenki “Nazi Nazi”, a wśród publiczności uaktywnili się Kurdowie. Sivan zaprosił ich pod scenę, a koncert zamienił się w pozytywną manifestację kurdyjskiej tożsamości i dążeń niepodległościowych. W pierwszych rzędach zaczęły powiewać flagi Wolnego Kurdystanu i barwy PKK. Perwer, zmuszony do emigracji ze swojej rodzinnej Turcji zaczął grać ze zdwojoną energią i nie mógł opanować wzruszenia, nie mogliśmy go opanować i my. On też bisował bardzo długo, ale zupełnie z innych powodów niż Kocani Orkestar.

Do pozytywów należy też zaliczyć kończący festiwal koncert Noury Mint Seymali, mauretańskiej pieśniarki. Przesterowane gitary, rockowa perkusja, a do tego rytmy proste z Sahelu – tak właśnie powinna wyglądać nowoczesna muzyka odwołująca się do tradycji. Blisko było do transowego tuareskiego rocka, subsaharyjskiej Afryki, jak i arabskich melizmatów i maqamów. Jednak muzyka nie traciła swojego specyficznego, lekko psychodelicznego charakteru znanego z płyt.

Podobnie, jak w latach poprzednich nie zachwyciła reprezentacja koreańska. Mam wrażenie, że organizatorzy po zbyt śmiałym kroku, jakim było zaproszenie w 2012 roku Ahn-Sook-sun, boją się sięgać po muzykę trudniejszą i zadowalają się “koreańskimi zespołami eksportowymi”. Widać to było najjaskrawiej na przykładzie występujących ostatniego dnia Noreum Machi. Owszem, było to efektowne, ale za bardzo cyrkowe, obliczone na poklask i efekciarstwo. Niestety, rozczarował również tadżycki Badakhshan Ensemble, który wydawał się jedynie odgrywać, a nie grać. Zabrakło w ich muzyce duszy, a sami muzycy sprawiali wrażenie nieobecnych.

Dwa przeglądy: Kolektyw Europa oraz Sounds Like Poland wzbudziły we mnie mieszane uczucia. Ola Bilińska z projektem Berjozkele, nowy skład Cukunftu i Weselnicy Macieja Filipczuka (bo tych artystów z Sounds Like Poland widziałem) – klasa światowa. Szczególnie Filipczuk, którego interpretacje radomskich mazurków i oberków są po prostu genialne. Trzeba tego transu doświadczyć samemu. Natomiast Kolektyw Europa w większości znajdował się poza moimi zainteresowaniami i gustami – ukraiński Hulajhorod zbyt folklorystyczny, białoruska Troitsa jest moim zdaniem antyprzykładem, jak łączyć tradycję z nowoczesnością; wszystko tonęło w pogłosach, ejtisowych brzmieniach… brrr, zęby bolały. Zachwyciła Niasta Niakrasawa, ale zaprezentowała tylko jedną pieśń. Do RUTY nie jestem w stanie się przekonać i ten koncert tego nie zmienił – za dużo polityki, za mało muzyki.

Mimo tego końcowego narzekania, Skrzyżowanie Kultur wróciło do swojego, wysokiego poziomu. Oby organizatorom udało się go utrzymać w przyszłym roku.

Michał Wieczorek
fot. Adam Oleksiak